Ciało z mojego ciała

Co można wyczytać z Biblii na temat związków homoseksualnych?

To, o czym traktuje nasz artykuł stało się problemem niezwykle żywotnym w społeczeństwach zachodniej kultury (do której przynależność i my w Polsce lubimy podkreślać) za sprawą coraz częstszego i coraz bardziej otwartego żądania równych praw dla tzw. mniejszości seksualnych zarówno przez przedstawicieli – działaczy tej grupy, jak i ludzi nie zainteresowanych sprawą osobiście, ale poczuwających się do występowania w obronie uciśnionych.

W krajach europejskich, jak i w Stanach Zjednoczonych różny jest stan zaawansowania zarówno żądań, jak i stopnia ich spełnienia. Czytaliśmy niedawno o tzw. ‚pakcie cywilnym’ wprowadzanym we Francji. Słyszymy o problemie przyznawania prawa opieki nad dziećmi homoseksualnym parom w USA.

Żądania równouprawnienia dotyczą już nie tyle uznania samych homoseksualnych praktyk, czyli fizycznego obcowania z osobą tej samej płci, jako równoprawnych ze stosunkami heteroseksualnymi (obcowanie z osobą płci odmiennej), ale zrównania wobec prawa stałych związków homoseksualistów z tradycyjnie od wieków istniejącymi w społeczeństwach małżeństwami, czyli (używając naukowego żargonu) prawnie usankcjonowanymi monogamicznymi związkami heteroseksualnymi. Ludzie działający pod tym sztandarem głoszą, że jest to jedynie następny krok w procesie wyzwalania uciskanych grup społecznych. Zniesiono kiedyś niewolnictwo, wyzwoleni zostali amerykańscy murzyni, otrzymały równe z mężczyznami prawa kobiety (choć jakby nie do końca sądzą np. inicjatorki projektu aktu prawnego odrzuconego niedawno przez polski sejm), teraz nadszedł czas na homoseksualistów i lesbijki. Naczelnym hasłem jest w tym wypadku słowo-klucz – tolerancja. Jest bardzo na czasie być człowiekiem tolerancyjnym, w specyficznym rozumieniu tego pojęcia. Chodzi o tolerancję, która przystoi ‚światłemu, współczesnemu’ człowiekowi. Po prostu nie wypada mu ‚mieć za złe’ tego i owego, a idzie często o ‚przestarzałe’ normy dotyczące życia seksualnego człowieka, w tym – homoseksualizm.

Nie dziwimy się już tak bardzo, gdy aktywnie działają na rzecz uprawomocnienia homoseksualizmu w społeczeństwie sami homoseksualiści organizujący np. różne parady oraz gdy czytamy wywody na ten temat ludzi o poglądach, które najogólniej można by określić liberalnymi. Możemy też obserwować, że propaganda ta odnosi skutek. Badania opinii publicznej powtarzane w miarę upływu lat wykazują wzrost liczby osób, które zajmują wobec tego zjawiska stanowisko akceptujące. A więc kropla drąży skałę.

Ale słyszymy także od czasu do czasu o takich sprawach, jak udzielanie w niektórych kościołach (niestety protestanckich) ślubu osobom tej samej płci. Nieodmiennie zastanawiamy się wtedy, jak to możliwe? Czy ludzie ci mają inną Biblię? A jeśli tę samą, to dlaczego odczytują ją inaczej, niż robiono to przez prawie dwa tysiące lat? Dlaczego nadal uważają się za chrześcijan i koniecznie chcą pogodzić ze sobą zupełnie sprzeczne (wedle tradycyjnie chrześcijańskiego rozumienia) rzeczy?

John Stott, ceniony teolog i autor, duchowny Kościoła anglikańskiego, zajął się tym tematem przedstawiając w jednym z rozdziałów swej książki Issues Facing Christians Todays (‚Zagadnienia, którym chrześcijanie muszą obecnie stawić czoło’) argumenty, jakie dla obrony swego stanowiska przywołują przyznający się do chrześcijaństwa zwolennicy nadania homoseksualnym związkom praw zarezerwowanych dotąd w świadomości społecznej dla małżeństw. Przedstawiwszy je rzetelnie i wyczerpująco Stott następnie z nimi polemizuje, korzystając z informacji i opinii różnych osób (naukowców, byłych homoseksualistów) zarówno z kręgu ‚za’, jak i ‚przeciw’.

Wolni od patrzenia „z góry’

Punkt wyjścia stanowi dla Stotta stwierdzenie trzech podstawowych prawd:

  • Wszyscy jesteśmy ludźmi stworzonymi na obraz i podobieństwo Boga, dlatego niezależnie od tego jak bardzo złe wydają się nam praktyki homoseksualne, nie możemy zapominać, że ci, którzy się im oddają są ludźmi tak jak i my.
  • Wszyscy jesteśmy istotami płciowymi, jest to cecha stanowiąca podstawę naszego człowieczeństwa. Bezpłciowi są aniołowie, ale ludzką rzeczą jest być kobietą lub mężczyzną z całym bagażem związanych z tym problemów, włącznie z orientacją seksualną.
  • Wszyscy jesteśmy grzesznikami, w tym także w sferze seksu. Nikt (za wyjątkiem Jezusa z Nazaretu) nie jest wolny od grzechów płci’, dlatego ‚nie chcemy prezentować okropnego nastawienia moralnej wyższości: jestem świętszy niż ty – pisze Stott.

Wychodząc od takich stwierdzeń autor zwraca się przede wszystkim do tych, którzy uznają panowanie nad sobą Jezusa Chrystusa, wierzą, że tę władzę sprawuje on przez swoje Pismo Święte i dlatego chcą się dowiedzieć, co ono na ten temat mówi. Jak pisze Stott, (…) oczywiście Boże normy są takie same dla niewierzących, ale nie są oni zbyt skłonni je przyjąć. Tak więc Stott zajmuje się konkretną dziedziną zjawiska homoseksualizmu, stałymi związkami, czymś, co coraz częściej nazywa się homoseksualnymi małżeństwami. Związkami, które jakoby bardziej ‚odpowiedzialni’ zwolennicy tej opcji (np. z tzw. Chrześcijańskiego Ruchu Homoseksualistów) chcą traktować na równi z normalnymi heteroseksualnymi małżeństwami.

Otóż, twierdzą oni, chcemy dobrze. Chcemy, by ludzie o odmiennej orientacji płciowej mogli spokojnie żyć w trwałym (na całe życie) partnerstwie pełnym miłości, lojalności i wszystkiego innego dobra, które charakteryzuje tradycyjne małżeństwo. Nie chcemy rozwiązłości, partnerów na jedną noc, itp. rzeczy. A że chodzi o mężczyznę i mężczyznę lub kobietę i kobietę? Cóż, takie są ich preferencje, taki ‚smak’. Czy rzeczywiście jednak nie ma znaczenia to, jakiej płci są małżonkowie i czy można, posługując się Biblią, udowodnić, że związki homoseksualne mogą być usankcjonowane, albo przynajmniej nie podlegają potępieniu?

Stott dokonuje przeglądu fragmentów Biblii, w których jest coś powiedziane na interesujący nas temat i polemizuje z innymi autorami, których zdaniem z urywków tych nie wynika wcale zaprzeczenie prawa do związków homoseksualnych. Mówią oni mianowicie, że są to ‚szczegółowe zakazy dotyczące zasad gościnności (Sodoma i Gibea – Rdz 19,1-13 i Sdz 19), kultowych tabu (Kpł 18,22 i 20,13), bezwstydnych orgii (Rz) oraz męskiej prostytucji i deprawacji młodzieży (1Kor, 1Tm)’. Nie wynika, ich zdaniem, z tych urywków potępienie ‚pełnego oddania i miłości związku analogicznego do monogamii heteroseksualnej’ Stott, prawdziwie biblijnie wierzący chrześcijanin, przyjrzawszy się argumentom wysuwanym w obronie małżeństw osób tej samej płci i dokonawszy przeglądu wzmiankowanych biblijnych fragmentów, stanowczo odrzuca taki sposób rozumowania. Przytacza także dwa teksty Pawłowe, które są listami odrażających grzechów stojących ‚(…) po pierwsze, w sprzeczności z Królestwem Bożym, a po drugie, także z zakonem i ewangelią’. Konkluzja jest następująca:

Odrzucenie przez chrześcijan praktyk homoseksualnych nie opiera się ‚na kilku odosobnionych i niejasnych dowodach tekstowych’ (jak czasami się mówi), których tradycyjne wyjaśnienie można obalić. Płeć i małżeństwo w Biblii Zdaniem Stotta wszelka dyskusja na ten temat powinna się zaczynać nie od historii Sodomy i Gomory, co często się czyni w tym kontekście, ale od ‚zdrowej, pozytywnej nauki biblijnej na temat płci i małżeństwa. Bez tej podstawy nasze spojrzenie na kwestię homoseksualizmu musi być wypaczone’.

Dlatego w swojej książce zwraca się w stronę opisów boskiego stworzenia. Istnieją dwa opisy stworzenia człowieka. Z pierwszego (Rdz 1) wynika równość płci. Zarówno Adam, jak i Ewa zostali stworzeni na podobieństwo Boga i oboje zostali uprawnieni do zarządzania ziemią. Drugi opis (Rdz 2) jest szczegółowy i wynika z niego fakt uzupełniania się płci, co stanowi podstawę heteroseksualnego małżeństwa.

Wiążą się z tym trzy inne fundamentalne prawdy: ludzka potrzeba towarzystwa (‚niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam’ – w. 18), Boża dbałość o zaspokojenie tej ludzkiej potrzeby (gdy okazało się, że wśród Bożych stworzeń nie ma żadnego, które mogłoby być odpowiednią dla Adama pomocą, konieczne okazało się stworzenie kogoś specjalnego) oraz powstanie instytucji małżeństwa wyrażone w słowach następujących po pierwszym w dziejach ludzkości wierszu miłosnym – jak określa Stott wykrzyknik Adama na widok Ewy – ‚Dlatego opuści mąż ojca swego i matkę swoją i złączy się z żoną swoją, i staną się jednym ciałem’ Tak więc Adam otrzymał właściwą mu pomoc i zareagował na ten Boży dar zachwytem: ‚Ta dopiero (w przeciwieństwie do ptaków i zwierząt) jest kością z kości moich i ciałem z ciała mojego. Będzie się nazywała mężatką, gdyż z męża została wzięta’ (Rdz 2,23).

Debata na temat, do jakiego stopnia mamy dosłownie traktować to, co nastąpiło wcześniej (operacja przeprowadzona przez Stwórcę pod Bożym środkiem znieczulającym) nie może nam przeszkodzić w zrozumieniu istoty zagadnienia. W czasie głębokiego snu Adama coś się wydarzyło. Zaistniało szczególne dzieło boskiego stworzenia. Nastąpiło zróżnicowanie płci. Z niezróżnicowanego człowieczeństwa Adama wyłonili się mężczyzna i kobieta. Adam obudził się z głębokiego snu, by stanąć twarzą w twarz z odbiciem samego siebie, uzupełnieniem siebie, wręcz częścią siebie samego. Bóg, stworzywszy kobietę z mężczyzny, sam przyprowadził ją do niego, podobnie jak, zgodnie z ceremonią ślubną w krajach anglosaskich, ojciec panny młodej oddaje ją panu młodemu przyprowadziwszy przed ołtarz.

Nie ma wątpliwości co do sedna tej historii. Według Rdz 1 Ewa, podobnie jak Adam, została stworzona na Boży obraz. Ale jeśli chodzi o sposób stworzenia, wg Rdz 2 nie została ona stworzona z niczego (tak jak wszechświat), ani z ‚prochu ziemi’ (tak jak Adam, w. 7), lecz z Adama. Gdy spojrzymy na to, co wykrzyknął Adam i co stanowi przytoczony wyżej komentarz następujący po tych słowach, nawet nieuważnego czytelnika – pisze Stott – uderzą trzy odnośniki do ‚ciała’: ‚jest (…) ciałem z ciała mego (…) staną się jednym ciałem’. Możemy być pewni, że jest to zabieg celowy, a nie przypadek. Dowiadujemy się, że heteroseksualny stosunek w małżeństwie jest czymś więcej niż tylko połączeniem, jest pewnego rodzaju ponownym zjednoczeniem.

Nie jest to połączenie obcych sobie osób, które do siebie nie należą i nie mogą właściwie stać się jednym ciałem. Wręcz przeciwnie, jest to zjednoczenie dwóch osób, które pierwotnie były jedno, potem zostały od siebie odłączone, a teraz przez małżeński współżycie płciowe znów stają się jedno.« Z pewnością to właśnie jest wyjaśnieniem głębokiej tajemnicy heteroseksualnej intymności, którą czcili poeci i filozofowie w każdej kulturze. Heteroseksualne współżycie płciowe jest czymś więcej niż połączeniem ciał, jest stopieniem uzupełniających się osobowości, dzięki któremu pośród otaczającego nas wyobcowania doświadczamy na nowo bogactwa jedności dwóch istot ludzkich, do której zostały one stworzone. A wzajemne uzupełnianie się męskich i żeńskich organów płciowych jest jedynie fizycznym symbolem o wiele głębszego dopełnienia duchowego. Pismo Święte definiuje ustanowione przez Boga małżeństwo jako heteroseksualną monogamię.

Jest to połączenie jednego mężczyzny z jedną kobietą, które musi zostać uznane publicznie (opuszczenie rodziców), trwale zapieczętowane (‚złączy się z żoną swoją’) i fizycznie skonsumowane (‚jedno ciało’). Pismo Święte nie przewiduje żadnego innego rodzaju małżeństwa ani współżycia płciowego, gdyż Bóg nie przygotował żadnej alternatywy. Podsumowując, jedynym doświadczeniem ‚jednego ciała’, które zaplanował Bóg i o którym mówi Pismo, jest płciowe połączenie się mężczyzny ze swoją żoną, którą rozpoznaje jako ‚ciało z ciała swego’. Mam prawo kochać inaczej Jednak ludzie, którzy uważają się za chrześcijan i jednocześnie występują w obronie homoseksualnych związków nie chcą przyjąć biblijnego nauczania na temat małżeństwa i uznać, że jedynie związek heteroseksualny odpowiada jego normie.

Dlatego wysuwają różne argumenty, które mają przemawiać za dopuszczalnością nie ustanowionych przez Boga związków. Zostałem tak stworzony Homoseksualiści mówią: ‚Jestem gejem, ponieważ Bóg mnie takim stworzył. Dlatego homoseksualizm jest dobry. Mam zamiar to akceptować, a nawet cieszyć się z tego, jaki jestem’. Kilka dziesięcioleci temu bardzo otwarcie posługiwał się tym argumentem Norman Pittenger w swojej książce Time for Consent. Homoseksualista – pisał – nie jest osobą ‚nienormalną’ o ‚nienaturalnych’ pragnieniach i zwyczajach’. Wręcz przeciwnie, osoba zorientowana heteroseksualnie zachowuje się ‚naturalnie’, gdy działa heteroseksualnie, natomiast osoba zorientowana homoseksualnie zachowuje się równie ‚normalnie’, gdy działa zgodnie ze swoimi podstawowymi, wrodzonymi homoseksualnymi pragnieniami i popędami«. Inni argumentują, że zachowanie homoseksualne jest ‚naturalne’, ponieważ akceptowało je, albo też idealizowało, wiele pierwotnych społeczeństw, oraz dlatego, że jest dosyć powszechne wśród zwierząt.

Jednak argumenty te wyrażają wyjątkowo subiektywny pogląd na to, co ‚naturalne’ i ‚normalne’. Nie powinniśmy przyjmować stwierdzenia Normana Pittengera, że ‚nie istnieją wieczne standardy normalności albo naturalności’. Nie możemy się też zgodzić z tym, że zachowanie zwierząt ma być wzorcem dla zachowań ludzi! To Bóg bowiem ustanowił normę dla seksu i małżeństwa w chwili stworzenia. Kochamy się Chrześcijański Ruch Homoseksualistów zapożycza z Pisma Świętego prawdę, że miłość jest czymś największym w świecie, a na podstawie etyki sytuacyjnej stworzył sobie pogląd, że miłość jest wystarczającym kryterium do oceny każdego związku między ludźmi.

W rezultacie połączenia biblijnego i ‚nowoczesnego’ pojęcia miłości doszło do sformułowania twierdzenia, że aktywność homoseksualna nie jest ‚zła sama w sobie’, ponieważ ‚jakość jakiegokolwiek związku homoseksualnego należy oceniać według tych samych podstawowych kryteriów, jakie stosuje się do związków heteroseksualnych’. Przedstawiciele tego ruchu twierdzą też, że ‚dla homoseksualnych mężczyzn i kobiet stałe związki oparte na miłości mogą stanowić właściwy i chrześcijański sposób wyrażania ich płciowości’. ‚Jeżeli związek homoseksualny, czy to dwóch mężczyzn, czy dwóch kobiet, ma cechy prawdziwej miłości (czyli charakteryzuje się dotrzymywaniem wzajemnych zobowiązań, wspólnotą, wiernością, dojrzałocią, jednością), to trzeba przecież – brzmi dalsza argumentacja – uznać go za dobry i nie odrzucać jako zła samego w sobie. Taki związek ratuje ludzi od samotności, egoizmu i rozwiązłości. Może on być równie bogaty i odpowiedzialny, równie wyzwalający i spełniający, jak małżeństwo heteroseksualne’.

Jednak biblijne chrześcijaństwo nie może przyjąć podstawowych założeń, na których opierają się takie argumenty, to znaczy, że jedynym absolutem pozostaje miłość, a wszystkie inne prawa moralne poza nią zostają obalone, i że wszystko, co wydaje się być zgodne z miłością jest dobre, bez względu na wszelkie inne czynniki. Tak być nie może. Miłość bowiem potrzebuje praw, które by nią kierowały. Uznając miłość do Boga i bliźniego za dwa największe przykazania, Jezus i jego apostołowie nie odrzucali wszystkich innych. Wręcz przeciwnie, Jezus powiedział: ‚Jeśli mnie miłujecie, przykazań moich przestrzegać będziecie’.

Nie można stwierdzić z całą pewnością, że związki homoseksualne nie mogą być pełne miłości. Jednakże sama miłość nie wystarczy do tego, żeby je usprawiedliwić, ponieważ są one przeciwne Bożym prawom. Miłość pragnie najwyższego dobra osoby kochanej, a najwyższym dobrem człowieka jest posłuszeństwo prawu i planom Bożym, a nie bunt przeciwko nim. To są przestarzałe poglądy! Zwolennicy homoseksualnego stylu życia zastanawiają się, czy autorzy biblijni są godnymi zaufania przewodnikami w dziedzinie spraw intymnych, i czy przypadkiem ich horyzonty myślowe nie zostały ograniczone przez ich doświadczenia i ówczesną kulturę. Zakładają, że odnosili się oni do spraw związanych z ich własną sytuacją, a ta bardzo różniła się od współczesnej. Np. gdy chodzi o historie, które wydarzyły się w Sodomie i Gibei (Rdz 19 i Sdz 19) uważają, że chodziło o zasady gościnności obowiązujące na starożytnym Bliskim Wschodzie, które obecnie są przestarzałe, albo (jeżeli w ogóle wchodził tu w grę grzech natury seksualnej – mówią) szczególnie wyjątkowy przypadek homoseksualnego gwałtu zbiorowego, a więc przestępstwa seksualnego, jak byśmy to dziś określili. Sądzą, że Paweł w swoich pismach miał na myśli określone preferencje seksualne współczesnych mu pederastów. Ponieważ więc autorzy biblijni byli niejako więźniami własnej kultury, dlatego też ich nauczanie na ten temat nie ma znaczenia. Wszystko to jest dzisiaj zbyt staroświeckie. Poza tym autorzy biblijni nie mogli przecież przewidzieć specyfiki naszych czasów.

Apostoł Paweł (nie mówiąc już o autorach starotestamentowych) nie wiedział nic na temat psychologii postfreudowskiej. Żaden z biblijnych pisarzy nie słyszał nigdy o ‚wrodzonej orientacji homoseksualnej’, wiedzieli tylko o pewnych praktykach. Sama myśl, że dwie kobiety albo dwóch mężczyzn mogłoby się w sobie zakochać i nawiązać pełny głębokiej miłości stały związek porównywalny z małżeństwem, po prostu nigdy nie przyszła im do głowy. Dlatego mniejszościom seksualnym należy się wyzwolenie. Jednakże przyczyna wszelkich biblijnych zakazów jest taka sama, jak przyczyna konieczności potępienia współczesnych, nawet pełnych miłości, związków homoseksualnych. Jest nią naruszanie porządku stworzonego przez Boga. A ponieważ ten porządek (heteroseksualna monogamia) został ustanowiony z chwilą stworzenia człowieka, nie pojawił się wraz ze stworzoną przez człowieka kulturą, jego zasadność jest trwała i powszechna.

Nie może być żadnego ‚wyzwolenia’ z norm ustanowionych przez Boga. Prawdziwe wyzwolenie znajdujemy jedynie przez ich przyjęcie. Akceptujcie nas! ‚Przecież – mówią niektórzy ludzie – obowiązkiem heteroseksualnych chrześcijan jest akceptacja chrześcijan homoseksualnych. Apostoł Paweł powiedział nam, żebyśmy akceptowali, a nawet przyjmowali siebie nawzajem. Jeżeli Bóg kogoś przyjął, kimże my jesteśmy, by go osądzać?’ Norman Pittenger idzie jeszcze dalej i stwierdza, że ci, którzy odrzucają homoseksualistów ‚zupełnie nie rozumieją chrześcijańskiej ewangelii’, ponieważ ‚Bóg kocha i akceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy’. Jest to bardzo wypaczona prezentacja ewangelii.

Bóg rzeczywiście akceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy i nie musimy najpierw, zanim nas przyjmie, stać się dobrzy, bo doprawdy nie potrafimy. Jednak jego akceptacja oznacza to, że w pełni i za darmo przebacza wszystkim, którzy pokutują i wierzą, a nie że godzi się na nasze trwanie w grzechu. Więc prawdą jest, że musimy akceptować innych, ale tylko jako równie skruszonych i współpielgrzymów, a nie jako współgrzeszników, którzy z uporem chcą trwać w swoim grzechu. Ani Bóg, ani Kościół nie obiecują nam akceptacji, jeżeli zatwardzamy swoje serca na Boże Słowo i Jego wolę. W takiej sytuacji obiecany jest tylko sąd. Chrześcijańska postawa wobec osób o orientacji homoseksualnej

Wiara

W wyniku swoich słynnych badań Alfred c. Kisney stwierdził, że 4% grupa spośród wszystkich mężczyzn (a przynajmniej białych Amerykanów) jest przez całe swoje życie wyłącznie homoseksualna, 10% jest taka przez trzy lata, a 37% ma różnego rodzaju homoseksualne doświadczenia w okresie od dojrzewania do starości. Co do kobiet, jest ich znacznie mniej, a 4% homoseksualnych przedstawicielek tej płci można znaleźć w przedziale wieku 20-35. Jeżeli w świetle całości objawienia biblijnego praktyki homoseksualne nie mogą być uważane za wariant szeroko rozumianej normalności, a jedynie za odchylenie od Bożej normy, i jeżeli na tej podstawie powinniśmy wzywać osoby zorientowane homoseksualnie do powstrzymywania się od praktyk i związków homoseksualnych, to jakiej można udzielić im rady i pomocy zachęcając do odpowiedzi na to wezwanie?

Stott posługuje się Pawłową triadą wiary, nadziei i miłości stosując ją do ludzi o homoseksualnej orientacji. Wiara przyjmuje Boże normy. Jedyną alternatywą związku heteroseksualnego jest seksualna abstynencja. Prawdziwym chrześcijaninem nie rządzą jego hormony, ale jego serce, umysł i wola. Abstynencja, gdy powołuje do niej Bóg, jest nie tylko dobra, jest możliwa.

Apostoł Paweł pisze, że wszyscy kiedyś grzeszyli, ale zostali ‚uświęceni i usprawiedliwieni w imieniu Pana Jezusa Chrystusa i w Duchu Boga naszego’ (1Kor 6,11). Co można np. powiedzieć milionom bezżennych heteroseksualistów? Z całą pewnością wszyscy ludzie pozbawieni współmałżonka doświadczają bólu zmagania i samotności… Ale jakże możemy nazywać siebie chrześcijanami i jednocześnie głosić, że cnota nie jest możliwa? Fakt, że trudniej jest w niej wytrwać z powodu obsesji seksualnej panującej we współczesnym społeczeństwie. W dodatku sami to sobie utrudniamy, jeżeli słuchamy posiadających pozory prawdopodobieństwa argumentów świata, gdy użalamy się nad sobą, bądź też karmimy własną wyobraźnię pornografią, i w ten sposób przebywamy w świecie, który nie uznaje Chrystusa za swego Pana, albo ignorujemy jego przykazanie mówiące o zdecydowanym oparciu się pokusie. Świat twierdzi, że seks ma dla człowieka istotne znaczenie w uzyskaniu poczucia spełnienia, a zatem wymaganie od homoseksualistów, by się wstrzymali od swoich praktyk jest nieludzkie, niehumanitarne.

Jednak w świetle Słowa Bożego seks, choć to rzecz właściwa i dobra, dar Boży, nie ma zasadniczego znaczenia w uzyskaniu poczucia spełnienia. ‚W ostatecznym rachunku – pisze Stott – jest to kryzys wiary: Komu uwierzymy? Bogu czy światu? Czy poddamy się panowaniu Chrystusa czy presji dominującej kultury?’ Wiara pozwala nam przyjąć Bożą łaskę. Wtedy możliwa jest też abstynencja. Jakikolwiek jest nasz ‚cierń w ciele’, Chrystus przychodzi do nas, tak jak przyszedł do Pawła, i mówi: ‚Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali’ (2Kor 12,9 BT).

Postępowanie wbrew temu przedstawia chrześcijan jako bezradne ofiary świata, ciała i diabła oraz zaprzecza ewangelii łaski«. Nadzieja Według opinii Donalda J. Westa, autora książki Homosexuality, dzieci nie rodzą się z instynktem seksualnym skierowanym ku jednej bądź drugiej płci. Wyłączna preferencja płci przeciwnej jest cechą nabytą…« Większość naukowców zgadza się, że przy braku możliwości zaspokojenia w związku heteroseksualnym i pod naciskiem kulturowym, duży procent ludzi postępowałby (lub przynajmniej mógłby postępować) jak homoseksualiści. Istotnie, choć być może istnieje czynnik genetyczny, preferencja taka jest bardziej ‚wyuczona’ niż ‚odziedziczona’.

Niektórzy przypisują ją traumatycznym przeżyciom z dzieciństwa, takim jak np. brak matczynej miłości, co powoduje zahamowania w rozwoju seksualnym. A zatem, jeżeli jest to stan wyuczony, czyż nie można się go też oduczyć? Możliwość zmiany przez łaskę i moc Bożą zależy także od siły postanowienia człowieka, która z kolei zależy od innych czynników. Ci, których seksualność jest nieokreślona, mogą zmienić się pod jakimś silnym wpływem, gdy mają silne motywacje. Ale wielu uczonych konkluduje, że organiczny homoseksualizm jest nieodwracalny.

Żadna znana metoda leczenia albo karania – pisze D. J. West – nie oferuje nadziei dokonania znaczącej redukcji olbrzymiej armii dorosłych praktykujących homoseksualizm. Bardziej realistyczne byłoby znalezienie dla nich miejsca w społeczeństwie«. Czyż jednak te poglądy nie są opiniami zdesperowanego świeckiego umysłu? Chrześcijanie wiedzą, że homoseksualizm, będąc dewiacją Bożej normy, nie jest znakiem porządku stworzenia, ale nieporządku upadku.

Jak zatem możemy na niego przystawać lub głosić, że jest nieuleczalny? Nie możemy. Martin Hallett, który przed swoim nawróceniem aktywnie działał w ruchu homoseksualistów, opublikował broszurkę zatytułowaną Testimonies (Świadectwa). Umieścił tam świadectwa na temat tego, co Chrystus zrobił dla podobnych jemu osób. W Chrystusie znaleźli oni swoją nową tożsamość, nowe poczucie spełnienia jako Boże dzieci. Zostali uwolnieni od winy, wstydu i lęku dzięki Bożej akceptacji i przebaczeniu. Dzięki mocy Ducha Świętego doznali uwolnienia z jarzma zachowań homoseksualnych. Ale nie zostali uwolnieni od swojej homoseksualnej orientacji i dlatego nadal odczuwają jakiś wewnętrzny ból obok istniejącej nowej radości i pokoju.

Miłość

Dr Elizabeth Moberly uważa, że istnieje możliwość wyleczenia się z homoseksualnej orientacji. Badania doprowadziły ją do przekonania, że orientacja homoseksualna nie zależy od predyspozycji genetycznej, zaburzeń równowagi hormonalnej albo anormalnego procesu uczenia się, lecz od trudności w relacji rodzic dziecko, szczególnie we wczesnych latach życia. Podstawowa zasada – kontynuuje Moberly – wygląda tak: homoseksualista – czy to mężczyzna, czy kobieta – ucierpiał z powodu jakiegoś niedoboru emocjonalnego w relacji z rodzicem tej samej płci. I stąd zauważamy, odpowiedni do zaistniałego braku, popęd do nadrobienia tego deficytu za pomocą relacji z tą samą płcią – a więc kontaktów homoseksualnych. Deficyt i popęd idą w parze«.

Dążenie do uzyskania miłości osoby tej samej płci samo w sobie nie jest patologiczne, wręcz przeciwnie – jest próbą uzyskania uzdrowienia i wyjścia z patologii. Postawa homoseksualna nie wiąże się z potrzebami anormalnymi, ale z potrzebami normalnymi, które z powodu jakichś zakłóceń nie zostały zaspokojone w normalnym procesie rozwojowym. Homoseksualizm ‚to zasadniczo stan niepełnego rozwoju’ albo niezaspokojenia potrzeb. Tak więc właściwym rozwiązaniem jest tu ‚zaspokojenie potrzeb związanych z tą samą płcią, ale bez aktywności seksualnej’, bowiem erotyzowanie deficytu powstałego w procesie rozwojowym prowadzi do mylenia potrzeb emocjonalnych z fizjologicznym pożądaniem. Jak zatem te potrzeby mogą zostać zaspokojone? Są one właściwe, ale jakie są właściwe środki ich zaspokojenia?

Dr Moberly odpowiada, że związki zastępujące opiekę rodzicielską znajdują się w Bożym planie odkupienia, tak jak związki rodzicielskie znajdują się w jego planie stworzenia.« Istnieje potrzeba głębokich, pełnych miłości, trwałych, nieseksualnych związków przyjaźni z przedstawicielami tej samej płci, szczególnie w Kościele. Miłość – konkluduje dr Moberly – wyrażona zarówno przez modlitwę, jak i w kontaktach wzajemnych między ludźmi jest terapią podstawową.

Miłość jest podstawowym problemem, wielką potrzebą i jedynym prawdziwym rozwiązaniem. Jeżeli będziemy gotowi szukać i pośredniczyć w przekazywaniu uzdrawiającej i odkupieńczej miłości Chrystusa, wtedy uzdrowienie dla homoseksualistów stanie się wspaniałą i chwalebną rzeczywistością«. Pełne miłości przyjaźnie zarówno między tą samą płcią, jak i płcią przeciwną, powinny być rozwijane w ramach Bożej rodziny, która, chociaż uniwersalna, ma także swój wyraz lokalny. Bóg chce, aby każdy zbór był społecznością pełną ciepła, akceptacji i wsparcia. ‚Akceptacja’ nie oznacza jednak ‚przyzwolenia’.

Dlatego istnieje też miejsce na dyscyplinę kościelną wobec tych członków, którzy nie chcą pokutować i uparcie kontynuują swoje homoseksualne związki. Musi ona być jednak stosowana w duchu pokory i łagodności (Ga 6,1nn). Musimy uważać, by nie czynić różnicy między mężczyznami a kobietami, albo między wykroczeniami homoseksualistów a heteroseksualistów, a koniecznej dyscypliny w przypadku skandalu publicznego nie zmieniać w polowanie na czarownice.

Choć dylemat homoseksualistów jest bolesny i wprawia w zakłopotanie, Jezus Chrystus oferuje im (a przecież także nam wszystkim) wiarę, nadzieję i miłość. Wiarę, by przyjąć Jego normy i Jego łaskę do ich zachowania. Nadzieję, by dostrzegać przyszłą chwałę poza cierpieniami chwili obecnej. Miłość, by troszczyć się i wspierać nawzajem.

Opracowanie na podstawie rozdziału pt. ‚Homosexual Partnerships?’ w: John Stott, Issues Facing Christians Today, Marshalls 1984

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz