Wielu myśli, że w celu uzyskania zbawienia trzeba przede wszystkim, wierzyć że Pan Jezus za nas umarł. Ciekawą jednak rzeczą jest, że nigdzie nie znajdujemy takiej właśnie wypowiedzi w Nowym Testamencie.

Niewątpliwie cała treść Nowego Testamentu to stwierdzanie faktu życia, śmierci i zmartwychwstania Pana Jezusa dla naszego zbawienia, ale proszę przeczytać uważnie cały Nowy Testament i znaleźć miejsce, w którym byłoby napisane, że warunkiem uzyskania zbawienia miałoby być uwierzenie, że Chrystus umarł za nasze grzechy. Tego nie znajdziecie nigdzie. Natomiast wiele razy znajdziemy wzmiankę o tym, że mamy wierzyć w Jezusa, albo na Jego Osobie oprzeć naszą wiarę; nie jest jednak powiedziane, że mamy wierzyć, iż On umarł za nas. „Wierz w Pana Jezusa Chrystusa a będziesz zbawiony – oto słowa Pawła. Na pierwszym miejscu mamy wierzyć w Niego, a nie specjalnie w to co On zrobił. W Ewangelii Jana 3.16 czytamy, że „każdy, kto Weń wierzy ma żywot wieczny.” Przedtem w swojej Ewangelii Jan pisze, „że do swojej własności przyszedł, ale swoi Go nie przyjęli”. A przy końcu tejże Ewangelii Jan stwierdza, że słowa te są napisane, „abyście wierzyli, że Jezus jest Chrystusem – Synem Bożym, i żebyście wierząc, żywot mieli w imieniu Jego”. Ludzie Go odrzucili nie na podstawie tego, co robił, lecz na podstawie tego, kim był, a teraz zaprasza się do wierzenia w to, czym On jest i kim On jest, a nie na pierwszym miejscu w to co zrobił. Jan 3.16 nie twierdzi, że „każdy, kto wierzy, że Chrystus umarł za niego i zaniósł jego grzechy na Krzyż – ma żywot wieczny”. Poselstwo tego wiersza podaje nam do wiadomości, że Bóg dał Swego Syna, i że w Niego osobiście mamy wierzyć – w Jego Osobę. „Kto ma Syna ma żywot”.

Nie chciałbym oczywiście, abyście myśleli, że jestem może modernistą, który odważa się umniejszać znaczenie Krzyża, czy ważność zastępczej śmierci Chrystusa. Oczywiście, że wierzę w konieczność Jego odkupienia, a także pewny jestem, że i wy w to wierzycie. Stąd ufam, że mnie nie zrozumiecie źle, jeśli mówię, że uświadomienie sobie znaczenia tego dzieła Pana Jezusa nie musi być pierwszym krokiem grzesznika w jego początkowym zetknięciu się z Panem. Uświadomienie sobie tej sprawy musi iść w ślad za zetknięciem się z Chrystusem, ale zasadniczym pytaniem jest czy mamy Syna, a nie, na pierwszym miejscu, czy rozumiemy, czy też nie rozumiemy całego planu zbawienia.

Pierwszym warunkiem zbawienia nie jest posiadanie wiedzy, lecz spotkanie Chrystusa. Wielu jest takich ludzi co do których można by mieć wrażenie, że zostali nawróceni przez niewłaściwe cytaty Słowa Bożego!… Do serca ich przemówiły wiersze, które jak gdyby wcale nie wskazują drogi zbawienia i wydaje ci się, że nie mogą być zbawieni na tej podstawie!… Wydaje ci się, że tam musi być gdzieś jakaś słabość, a jednak musisz przyznać, że upodobało się Bogu wiele razy działać w ten sposób. Bywało tak, że moim pragnieniem było, aby ci, których mi wolno było przyprowadzić do Pana, byli zbawieni na podstawie Jana 3.16 albo 5.24 względnie 6.40. Ale przyszedłem do przekonania, że na samym początku potrzeba tylko jednej rzeczy – a mianowicie osobistego dotknięcia się Boga, a jeśli to miało miejsce, reszta na pewno nastąpi. Dlatego nie ma znaczenia, których wierszy Bóg użyje dla uczynienia pierwszego kroku. Przecież nie potrzebujemy poznać całej teoretycznej wiedzy o elektryczności i dokładnie rozumieć wszystkich problemów z nią związanych, aby umieć przekręcić wyłącznik i zaświecić światło. Światło nie mówi do nas: „Ja wam nie będę świecić, gdyż nie znacie zupełnie zasad, na podstawie których ja działam”. Podobnie i Bóg nie stawia zrozumienia jako warunku naszego zbliżenia się do Niego. „A to jest żywot wieczny, aby poznali jedynego prawdziwego Boga, i Tego, któregoś posłał Jezusa Chrystusa”. Przyjrzyjmy się trzem przykładom z Ewangelii. Jakie było pierwsze znamienne nawrócenie opisane w Nowym Testamencie? Z całą pewnością nawrócenie złoczyńcy na krzyżu. Do tego momentu wszystko tylko wskazywało na Krzyż Chrystusa. W tej jednak chwili ukrzyżowanie to działo się na oczach ludzi – a ów złoczyńca był również świadkiem. Człowiek ten był jak gdyby przykładem grzesznika, otrzymującego przykładną karę, jemu też przypadło w udziale, że tak powiem, przykładne nawrócenie. Czy można by jednak powiedzieć o nim, że rozpoznał w Panu Zbawiciela? „Panie, pomnij na mnie, gdy przyjdziesz do Królestwa Swego” /Łuk.23.42/. A co mu na to odpowiedział Pan? Nie przypomniał mu jego złego życia, nie powiedział też, że cierpiał ponieważ sobie na to zasłużył i że powinien umrzeć, a że On Jezus, zamiast niego cierpiał i że umierał na krzyżu za jego grzechy. Nam by się zdawało, że była to doskonała sposobność do obwieszczenia planu zbawienia przez odkupienie – ale nie; nasz Pan odpowiedział tylko: „Dziś będziesz ze mną w raju”. Ów złoczyńca rozpoznał bowiem kim Jezus był – że będzie panował i otrzyma królestwo, pomimo tego, że w tej chwili niesłusznie cierpi – i w ten sposób uwierzył w Pana, a to było wystarczające.

Przyjrzyjmy się teraz owej niewieście, która cierpiała na krwotok. W Ewangelii Marka 5.24 czytamy, że za Panem „szło wiele ludu i cisnęli Go”. Wielu z pośród tego tłumu dotykało się Pana Jezusa, a nawet przyciskało się do Niego, a jednak z nich wszystkich tylko ta niewiasta została uzdrowiona. Stało się to dlatego, że dotknęła się Go z szczególnym zamiarem. A potrzeba było tylko dotknięcia – ponieważ tym dotknięciem wyciągnęła w duchu rękę do Boga z prośbą o pomoc w swej wielkiej potrzebie. Albo przypomnijmy sobie, jak Faryzeusz i celnik modlili się w świątyni. Faryzeusz doskonale się znał na wszystkich daninach, ofiarach i dziesięcinach, ale z serca jego nie wyrwał się żaden krzyk do Boga. Ów celnik natomiast zawołał: „Boże! bądź miłościw mnie grzesznemu!” Coś wyszło od niego do Boga, co spotkało się z natychmiastową odpowiedzią. Jego właśnie Pan Jezus wymienia jako człowieka, którego Bóg uważa za usprawiedliwionego. Co oznacza więc zostać zaliczonym do sprawiedliwych? Oznacza to dotknąć Boga. List do Rzymian, bardzo szczegółowo traktuje zagadnienie grzechu i drogi zbawienia, a studiując go możemy wiele się nauczyć o podstawowych prawdach dotyczących odkupienia. A jednak ten list został napisany do ludzi już zbawionych! Z drugiej strony Ewangelia Jana nie podaje żadnej doktryny w sposób systematyczny; mogłoby się zdawać, że ta Księga ma bardzo mało planowanego ujęcia, a nawet jakby go nie miała zupełnie. A jednak została napisana dla ludzi nie zbawionych /Jn.20.31/. Gdyby to od nas zależało, na pewno ułożylibyśmy te rzeczy na odwrót. I bardzo byśmy się pomylili! Zważcie bowiem, jeśli wasz Dom stanął by w płomieniach i nie byłoby drogi ucieczki dla znajdujących się na piętrze, a przybyliby strażacy i wysunęli drabinę, aby was ratować, to co wówczas uczynilibyście? Czy powiedzielibyście: „Nie tak prędko! Najpierw powiedźcie, dlaczego wasza drabina stoi bez żadnego oparcia – przecież zazwyczaj drabina musi się o coś opierać. A z czego są zrobione wasze ubrania? Dlaczego są odporne na ogień?” I tak dalej? Nie. Przede wszystkim skorzystalibyście z ofiarowanej pomocy i dalibyście się uratować, a dopiero później zaczęlibyście się ewentualnie dopytywać szczegółów drabin przeciwpożarowych, ubrań strażackich i wszystkiego innego, co by was interesowało.

Po moim nawróceniu często odczuwałem niezadowolenie z ujęcia kazania Piotra w dniu Pięćdziesiątnicy. Wydawało mi się, że kazanie to pod wieloma względami było niewystarczające, ba, raczej nawet ubogie jak na zadanie, które wówczas przy jego pomocy miało zostać dokonane. Wydawało mi się, że w kazaniu tym nie został dostatecznie wyraźnie przedstawiony plan odkupienia, co uniemożliwiało, dokładne zrozumienie istoty rzeczy, Cóż bowiem mówi Piotr? „Jezusa Nazareńskiego, męża od Boga stwierdzonego u was mocami i cudami i znakami, które uczynił Bóg przezeń pośród was, jak to i sami wiecie, Tego, za postanowieniem Bożym wydanego, wziąwszy rękami grzeszników ukrzyżowawszy, zabiliście. Którego Bóg wzbudził…..” W tym miejscu winien był Piotr wykorzystać – jak mi się zdawało – złotą sposobność, aby dojść do sedna sprawy. W tym miejscu zaiste należało zrobić wzmiankę o Izajasza 53, lub też w jakiś inny sposób objaśnić na czym polega odkupienie. Ale nie tak się stało. Piotr pomija tę sposobność i idzie dalej: „Niechże tedy wie z pewnością cały dom Izraelski, że Panem i Chrystusem Bóg Go uczynił, tego Jezusa, któregoście wy ukrzyżowali”. Jaka dziwna rzecz, że Piotr nie użył nawet tytułu „Zbawiciel”! Ale pomimo tego jaki był rezultat? Czytamy, że ludzie, usłyszawszy te słowa, skruszyli się w sercu i zawołali: „Cóż mamy czynić?” Nieco później Piotr udał się do pogan, którzy mieli zupełne odmienne życie religijne. Skoro takie było tło, na którym miała się odbyć usługa, zdawałoby się, że w tym wypadku Ewangelia zostanie podana bardzo wyraźnie. A jednak i Korneliuszowi Piotr powiedział tylko kim Pan Jezus był, a chociaż wspomniał o odpuszczeniu grzechów – oczywiście – to jednak dał żadnego wyjaśnienia odnoście do znaczenia Jego śmierci. Pomimo to jednak Duch Święty przypadł na wszystkich słuchających. Z tego wszystkie wynika jasno, że zbawienie nie zależy na pierwszym miejscu od wiedzy, ale od „dotknięcia”.

Wszyscy, którzy Pana dotykają, otrzymują żywot. Moglibyśmy powiedzieć, że nawet Paweł, sądząc z jego kazań podanych w Dziejach Apostolskich, nie podawał Ewangelii całkiem wyraźnie. Wówczas, przed wiekami, Ewangelii nie opowiadano tak jak dziś! Wówczas nie było tak jasnego przedstawiana prawdy! Ale czy to jest rzeczą najważniejszą? Wielką słabością w głoszeniu Ewangelii w dobie dzisiejszej jest właśnie fakt, że staramy się doprowadzić ludzi do zrozumienia planu zbawienia, albo też usiłujemy przypędzić ich do Pana przez strach przed grzechem i jego następstwami. W czym zawodzimy? Jestem całkiem pewny, że błąd nasz polega na tym, iż słuchacze nie widzą Pana, ponieważ nie przedstawiamy dostatecznie Jego Osoby. Słuchacze nasi tylko widzą „grzech” i „zbawienie”, podczas gdy potrzebnym im jest ujrzenie samego Pana Jezusa, spotkanie się z Nim i „dotknięcie” się Jego. Niestety, bardzo często zdarza się, że ci, którzy zostali zbawieni przez wiedzę, rozwijają się nienormalnie: rośnie im głowa. Robią postępy bez potrzeby, jakby się zdawało pomocy Bożej. Oni wszystko wiedzą, a nawet czują się predestynowani do krytykowania sposobu w jaki kaznodzieja przedstawia fakty. Ale gdy przychodzi kryzys, gdy tracą swoją podstawę, że tak powiem łożyska wiedzy, a muszą w czymś zaufać Panu, okazuje się, że tego nie potrafią. Nie pozostają w żywym kontakcie z Nim. Są natomiast inni, którzy może bardzo mało wiedzą, ale wyszli sami z siebie, przemogli tendencje swego „ja”, i dotknęli się żywego Boga, dzięki czemu wzrośli w wierze do tego stopnia, że przejść mogli i przez najsurowsze próby. Oto przyczyna, dla której musimy postawić sobie za cel, aby na pierwszym miejscu przyprowadzić ludzi do spotkania się z Chrystusem. Nikt z nas nie jest w stanie zgłębić niezbadanych dróg Bożych. Nikt nas nie śmie przypisywać mu sposobu w jaki winien pracować.

Pewnego razu mały chłopczyk, a działo się to w Chinach – udał się wraz z swoją matką na górę, na której znajdowała się świątynia. Gdy znalazł się w jej wnętrzu i miał wraz z matką oddawać cześć posągowi znajdującego się tam bożka, pomyślał w duchu: „Jesteś zbyt brzydki i brudny, abym cię mógł uwielbiać. Nie wierzę abyś mógł mnie zbawić. Jaki to mam sens oddawać ci cześć boską?” Ale mając respekt przed matką wziął udział w ceremonii. Gdy uroczystość się zakończyła, a matka wsiadła do krzesła, w którym ją mieli zanieść z powrotem do domu, chłopczyk ów na chwilę się wymknął, udał się poza budynek świątyni, znalazłszy miejsce, na którym mógł stanąć swobodnie, podniósł swe oczy do nieba i rzekł: „O Boże! Kimkolwiek byś był, nie wierzę abyś mógł przebywać w tej świątyni. Jesteś zbyt wielkim, a świątynia ta jest zbyt mała i zbyt brudna dla Ciebie. Zapewne mieszkasz tam, w górze, w samym niebie. Nie wiem jak Ciebie znaleźć, ale oddaję się w Twoje ręce; grzech bowiem jest bardzo silny, a świat porywa z wielką mocą. Oddaję Ci się gdziekolwiek jesteś”. Po trzydziestu latach spotkałem tego człowieka i opowiedziałem mu Ewangelię. Powiedział wówczas: „Pana Jezusa spotkałem po raz pierwszy dzisiaj, ale to już po raz drugi w moim życiu dotknąłem się Boga. Wówczas, na szczycie tej góry, trzydzieści lat temu – coś się ze mną stało”.

Żywy, zmartwychwstały Pan staje się naszym Zbawicielem. Jezus nie jest więcej Tym, który wisi na krzyżu, lecz Tym, który króluje i dlatego dzisiaj po zbawienie idziemy nie do stóp krzyża, lecz do stóp tronu, aby wierzyć w Niego, jaka Pana panów i Króla królów. Może dobrą będzie rzeczą, jeśli sobie nieco wyraźniej zdamy sprawę z różnicy, jaka zachodzi między odkupieniem i zbawieniem. Odkupienie zostało nam zapewnione przez Pana Jezusa na Krzyżu blisko dwa tysiące lat temu. Nasze zbawienie w chwili obecnej spoczywa na fundamencie tego odkupienia, które dokonało się raz na zawsze. Niemniej jest rzeczą możliwą, że jeden człowiek może zostać „zbawiony” w tej chwili, a ktoś inny dwadzieścia lub trzydzieści lat temu – ponieważ zbawienie jest sprawą osobistą, nie jako osobistym przyjęciem Chrystusa. Niewątpliwie istnieje w tym podobieństwo między nami a Izraelitami, ongiś znajdującymi się w Egipcie. Odkupiony pierworodny syn miał uczestniczyć w ofierze Święta Przejścia poprzez spożywanie wieczerzy, a nie tylko poprzez obserwowanie krwi, wylanej dla jego odkupienia, którą były pomazane odźwia i nadprożnik domu – a co rozkazał uczynić Bóg dla Swoich celów pojednania. Dochodzimy więc do tego, że można by powiedzieć, iż zbawienie, które jest osobistym i subiektywnym doświadczeniem, polega w większym stopniu na zmartwychwstaniu Pana, niż na Jego śmierci. Śmierć Chrystusa była konieczna dla odkupienia – obiektywnie wziąwszy – przed Bogiem. Nowy Testament kładzie jednak w szczególności nacisk na naszą wiarę w Jego zmartwychwstanie w celu otrzymania zbawienia, ponieważ jest ono dowodem, że śmierć Pana naszego została przyjęta. Wierzymy w Pana Jezusa Chrystusa, który we własnej osobie zmartwychwstał i wstąpił do chwały, a celem naszym jest przyprowadzić grzeszników do bezpośredniego spotkania się z Nim.

Szczere serce w stosunku do Boga

Zanim przejdę do omówienia trzeciej, rzeczy, o którą Bóg sam się postarał, aby umożliwić człowiekowi zwycięskie przeżycie kryzysu osiągnięcia zbawienia w swoim życiu, zrobię dygresję i najpierw zajmę się tematem dotyczącym jednej rzeczy, której moim zdaniem wymaga Bóg od samego człowieka. Gdy ktoś z nas opowiada Ewangelię, zwiastując konieczność pokuty i wiary w Pana Jezusa ku odpuszczeniu grzechów, napotyka niekiedy ze strony słuchaczy na trudności, które wydają się nie do przezwyciężenia. Jakiś człowiek po wysłuchaniu wszystkiego co miałeś do powiedzenia na temat grzechu i kary za grzech, może przyzna się zupełnie szczerze: „Tak, ja to wszystko wiem, ale ja lubię grzeszyć”. Co zrobisz w takim wypadku? Jak już wspomniałem poprzednio, Przyjaciel grzeszników jest Osobą, która może grzesznikowi najlepiej pomóc w takiej sytuacji. Ktoś inny przysłuchuje się temu co mówisz i przytakuje, a jednak wydaje się nie pojmować tych słów, nareszcie powie: „Zapomniałem, jaki to był trzeci punkt?” Ale zbawienie nie jest kwestią „punktów”! Nie jest ono nawet sprawą zrozumienia lub woli. Jest to jak już widzieliśmy, sprawa spotkania się z Bogiem – sprawa zetknięcia się ludzi z Chrystusem – Zbawicielem. Zapytasz więc, jakie minimum jest wymagane od człowieka, aby ten kontakt, to spotkanie stało się możliwe? Aby na to pytanie znaleźć odpowiedź, przyjrzymy się przypowieści o siewcy.

Zdaje mi się, że w przypowieści tej Bóg wyraźnie nam mówi, czego wymaga od człowieka. „A które padło na ziemię dobrą, są ci, którzy w sercu uprzejmym i dobrym słyszane słowo zachowują i owoc przynoszą w wytrwałości” /Łuk.8.15/. A więc Bóg wymaga „uprzejmego i dobrego serca” – dobrego tylko z tej racji, że uprzejmego, czyli szczerego. Nie ma to znaczenia, czy dany człowiek chce, czy też nie chce być zbawiony; nie ma znaczenia czy rozumie czy też nie rozumie. Najważniejszą rzeczą jest jego gotowość, aby być szczerym w stosunku do Boga, jeśli chodzi o te sprawy. Wówczas Bóg gotów jest z nim się spotkać. Ktoś zadał następujące pytanie: W jaki sposób można pogodzić Boże wymaganie odnośnie do „uprzejmego i dobrego serca” ze stwierdzeniem, które znajduje się w proroctwie Jeremiasza 17.9, że serce jest najprzewrotniejsze ponad wszystko? Ale w przypowieści, którą w tej chwili rozważamy, nie jest powiedziane o tym człowieku, że jest w oczach Bożych, doskonałym w szczerości, ale że przyjmując Słowo, jest szczerym w stosunku do Boga. Jest gotów przyjść całkiem otwarcie. Oczywiście pozostaje to prawdą i niezbitym faktem, że „serce człowieka jest najprzewrotniejsze nade wszystko”, niemniej jest rzeczą możliwą, aby człowiek posiadający naturę, czyniącą go aż nadto skłonnym do zdrady – jednak szczerze zwrócił się do Boga. Zdradliwy człowiek może jednak szczerze przyjść do Boga i zawołać: „Jestem grzesznikiem; zmiłuj się nade mną!” W sferze swojego pragnienia, jeśli chodzi o Boga, może być zupełnie szczery. Oto czego Bóg szuka w człowieku i takie znaczenie ma zapewne wiersz 9 z 2Kron.16: „Oczy Pańskie przepatrują całą ziemię, aby okazać moc swoją przy tych, którzy stoją przy Nim sercem doskonałym”.

Podstawowym warunkiem zbawienia grzesznika nie jest wiara, albo pokuta, lecz owa szczerość serca w stosunku do Boga. Bóg nie wymaga od człowieka niczego innego, jak tylko przyjścia do Niego w takim nastawieniu serca. Do tego miejsca szczerości, które leży wśród mnóstwa przewrotności, wpada dobre nasienie, które przynosi wiele owocu. W jednym z dwóch złoczyńców, którzy zostali ukrzyżowani wraz z Panem Jezusem, znalazła się odrobina szczerego pragnienia, choć obaj byli z gruntu zepsutymi ludźmi. Ów celnik, modlący się w świątyni, był człowiekiem, który w życiu swym dopuścił się niejednego oszustwa, a jednak znalazła się w nim szczerość, która dopomogła mu do przyznania się do swojej grzeszności i do zawołania do Boga z prośbą o zmiłowanie. A jak było z Szawłem z Tarsu? Z całą pewnością nie miał najmniejszego pragnienia otrzymania zbawienia przez Jezusa Chrystusa, a jednak Pan dojrzał w nim na owej drodze do Damaszku szczere serce ku Bogu – i to właśnie stało się punktem wyjścia jego historii z Panem. On szczerze dotknął się Pana wypowiadając słowa: „Panie co chcesz abym uczynił?” A to „dotknięcie” było wystarczające, aby go na całą wieczność zbawić, i to w mgnieniu oka! To, że istnieje możliwość zetknięcia się z Jezusem Chrystusem w sposób umożliwiający zbawienie grzesznika, wynika bowiem z „istoty” Ewangelii, a nie przez zrozumienie jej przez grzesznika.

Kilka poprzednio wspomnianych przypadków uczy nas, że winniśmy zachęcać każdego grzesznika do uklęknięcia i modlitwy w szczerości serca, w celu wyznania Panu całkiem szczerze swojej sytuacji. Nam wierzącym, w Pana Jezusa, Słowo nakazuje się modlić w Jego Imieniu /Jan.14.14; 15.16; 16.23-24/, co oznacza oczywiście, że nie mamy wyznawać tylko jakiejś formułki, ale czynnie wyrażać wiarę w Niego. Ale z grzesznikami sytuacja przedstawia się inaczej. Są bowiem modlitwy, które Bóg wysłuchuje, a które nie są zanoszone w imieniu Jezusa. W Dziejach Ap.10,4 anioł mówił do Korneliusza: „Modlitwy twoje i jałmużny twoje wstąpiły na pamięć przed oblicze Boże.” Jeśli z serca wyrywa się szczere wołanie – Bóg wysłuchuje. Serce grzesznika może dotknąć się Boga.

Znamiennym przykładem przyjścia do Boga – nawet bez pragnienia otrzymania zbawienia – było przeżycie pewnej pani w Anglii, które miało miejsce w ubiegłym stuleciu. Pochodziła ona z bogatej rodziny, cieszącej się dobrą opinią w społeczeństwie, zdobyła wyższe wykształcenie, przy tym była zaawansowanym muzykiem i pięknie tańczyła. Ponad to wszystko była zarówno młoda jak i piękna. Pewnego wieczora miał się odbyć bal, na który również była zaproszona. Miała przepiękną suknię balową, specjalnie uszytą na tę okazję i tegoż wieczoru była osobą, na którą najwięcej zwracano uwagę i której towarzystwa najbardziej pragnęli. Był to – można by powiedzieć – jej wielki triumf. Po balu gdy wróciła do domu, zdjęła swoją suknię i odrzuciła ją na bok. Następnie rzuciła się na kolana i rzekła: „O Boże, mam wszystko, czego mogę pragnąć: bogactwo, popularność, piękność, młodość – a jednak jestem zupełnie nie zadowolona i wręcz nieszczęśliwa. Chrześcijanie powiedzieli by mi, że jest to dowodem, że świat jest próżny i marny, i że Jezus mógłby mnie zbawić i dać mi pokój, radość i zadowolenie. Ja jednak nie chcę zbawienia. Ja Ciebie i Twój pokój i radość nienawidzę. Ale o Boże, daj mi to, czego nie chcę, i jeśli możesz uczyń mnie szczęśliwą!” Dalsza historia jej życia dowiodła, że podniosła się z kolan jako nawrócona niewiasta i stała się wierzącą, znającą swego Pana w szczególnie głęboki sposób. Raz jeszcze stwierdzam więc: wszystko co potrzeba – to szczere serce. Jeśli prawdziwie chcesz Boga, wówczas nie ma żadnej trudności. Ale dzięki Bogu, że nawet wtedy, gdy Go nie chcesz, On jednak cię wysłucha, jeśli do Niego przyjdziesz i szczerze Mu to wyznasz.

Pomocnik jest blisko

Powiedzieliśmy, że wystarczy zawołać do Boga ze szczerego serca. Wyrażają to również słowa Joela cytowane przez Piotra; „Każdy, kto będzie wzywał Imienia Pańskiego, zbawiony będzie.” W jaki sposób jest to możliwe? Ponieważ Bóg wypełnił również tę drugą obietnicę, którą Piotr zacytował z Księgi tego samego proroka, a mianowicie; „Wyleję z Ducha Mego na wszelkie ciało” /Dz.Ap.2.17-21/. Ponieważ Duch Święty został wylany na całą ludzkość- wystarczy zawołać. Kaznodzieja zwiastujący Ewangelię, może tylko wtedy owocnie pracować, jeśli sobie z tego zdaje sprawę. Obecność Ducha Świętego i Jego bliskość w stosunku do grzesznika – o to z czego powinniśmy zdawać sobie sprawę głosząc Słowo Boże. Bóg będący na niebie – jest zbyt daleko; jest niejako poza zasięgiem człowieka. Ale Paweł pisze do Rzymian następujące słowa: „Nie mów w sercu swoim: kto wstąpi do nieba to jest, aby Chrystusa na dół sprowadzić … Blisko ciebie jest słowo … Każdy bowiem kto wzywa imienia Pańskiego zbawiony będzie.” /Rzym.10.6-8,13/. Zawsze wierzę w to, że Duch Święty odpoczywa na człowieku, któremu opowiadam Słowo. Nie mam oczywiście na myśli, że Duch Święty znajduje się w sercach ludzi niewierzących, lecz że znajduje się na zewnątrz. A co on czyni? Czeka na to by móc przynieść Chrystusa do ich serc. Duch Święty czeka na to, by móc wejść do serca słuchającego Ewangelię. Podobny jest do światła. Jeśli tylko uchylisz firankę, choćby odrobinę – natychmiast zaleje wnętrze i oświeci cały pokój. Niech z serca grzesznika wyrwie się choćby jedno słowo do Boga, a w tej chwili Duch Święty do niego wejdzie i rozpocznie przeobrażające działanie, sprawiając świadomość grzechu, pokutę i wiarę – cud nowego zrodzenia. Piotr w domu Korneliusza nie tylko dożył cudownej interwencji Ducha Świętego w stosunku do swoich słuchaczy, którym opowiadał Ewangelię, ale przeżył działanie Ducha i w swoim własnym sercu. Wynika to z jego opowiadania o tym wypadku: „A gdy ja rozpocząłem mówić, przypadł Duch Święty na nich, tak jak i nas z początku” /Dz.Ap.11.15/. Może najważniejszym warunkiem powodzenia w przyprowadzaniu ludzi do Chrystusa jest przypomnienie sobie, że ten sam Duch Święty, który nam dopomógł w godzinie ciemności, jest tuż i pragnie wejść i oświecić również ich serca, aby dokonać dzieła zbawienia, któremu otworzyli drzwi, wołając do Boga.

Przyjaciel mój opowiadał Słowo Boże w pewnym mieście. Podeszła później do niego jedna kobieta, której w rozmowie jeszcze raz świadczył o Chrystusie. Mówił jej o grzechu, o karze za grzech i o Panu, który przyszedł aby nas zbawić. Ale niewiasta ta rzekła do niego: „Zdaje się, że pan nie wie, jak miły jest grzech. Zapewne nigdy nie skosztował pan jego słodyczy. Ja lubię grzeszyć. Bez grzechu życie byłoby puste.” Po chwili mój przyjaciel zaproponował, aby się modlić. Na to rzekła owa niewiasta; „Cóż mógłby człowiek tak grzeszny jak ja, powiedzieć waszemu Bogu? Nie potrafię się zdobyć na pokutę w moim sercu. Nie jestem w stanie powiedzieć niczego, co byłoby Mu przyjemnym.” Mój przyjaciel odpowiedział jednak: „Mój Bóg rozumie. On jest bliskim pani i potrafi wysłuchać jakiejkolwiek modlitwy, proszę Mu zatem powiedzieć to samo, co pani mnie powiedziała.” Słowa te napełniły ją zdumieniem, gdyż dotąd słyszała tylko owe formalne modlitwy, w których trzeba wypowiadać słowa, w które się nie wierzy – tylko z grzeczności!… A wtenczas mój przyjaciel pokazał jej ten wiersz w Dz.Ap.11, w którym jest napisane, że „Bóg dał upamiętanie /pokutę/ ku życiu”. Wtedy zaczęła się modlić, zwracając się w bezpośrednich słowach do Boga, który rozumie grzeszników. A oto jej słowa: ” Choć nie chcę pokutować, pomóż mi o Boże, i daj mi upamiętanie.” I rzeczywiście Pan to uczynił! Otworzyła Duchowi światłości okna swego serca – i wstała z kolan jako zbawiona niewiasta.

Oto zasada: ponieważ Jezus jest Pocieszycielem grzeszników i ponieważ Duch Święty, podejmuje się uczynić to, czego ludzie nie są sami w stanie uczynić, grzesznicy mogą przyjść do Boga takimi, jakimi są. Nie potrzebują wcale się zmienić i nie zachodzi konieczność, aby mieli w samych sobie znaleźć zdolność do uczynienia czegokolwiek. Jeśli ktoś zwrócił się do ciebie z prośbą o opowiedzenie mu Ewangelii zbawienia, a potem powiedział do ciebie: „Panie, pragnę być zbawiony!” ale gdy mu powiesz, że ma wierzyć, odpowie: „Nie jestem w stanie wierzyć”. Co wówczas uczynisz? Czy powiesz: „Pan się do niczego nie nadaje. Proszę odejść i wrócić do mnie, gdy pan będziesz w stanie wierzyć?” Czy mówiąc w ten sposób, nie nakłaniałbyś tego człowieka do uczynienia czegoś w celu otrzymania zbawienia? Inny zaś powie ci: „Ja nie chcę być zbawiony.” Co zrobisz wtedy? Czy odeślesz go precz, aż jakieś nieszczęście lub trudność życiowa zmusi go do zbliżenia się do Boga? Czyż czyniąc tak, nie zamykasz mu może drzwi zbawienia? Dlaczego byśmy mieli kłaść przed grzesznikami tyle warunków, zanim mieliby zostać zbawieni?

Z całą pewnością do Pana Jezusa mogą przychodzić wszyscy grzesznicy, skoro jest ich Przyjacielem – i mogą przychodzić takimi, jakimi w danym momencie są. Duch Święty jest bowiem blisko. Ach jak cudowne rzeczy umie czynić nasz Bóg! Gdy idziesz głosić Ewangelię, nigdy nie trać z oczu faktu, że On jest żywym Bogiem, gotowym do działania w łasce. Nic by nie pomogło, gdyby ludzie, byli nawet trochę lepsi, niż są w istocie, a gdyby byli o wiele gorsi, nie przeszkodziłoby to Jego działaniu. On tylko pragnie widzieć „uprzejme i szczere serce”. Nigdy też nie zapomnij, że Duch Święty jest blisko i że pragnie z wielką mocą dotykać serc ludzkich. Miej w wiarę w Niego odnośnie do każdej duszy, z którą masz do czynienia. Jeśli byłbyś sam, nie byłbyś może pożytecznym rybakiem, ale współpracując z Duchem Bożym możesz z ufnością zabrać się do wyciągania na brzeg nawet największych ryb.

Watchman Nee

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz