O miłości do bliźniego

Bóg stworzył człowieka z miłości, stworzył go miłością i – – dla miłości. Stwarzając człowieka, Bóg wyznaczył trzy cele: objawić Swoją Ojcowską miłość dla całej ludzkości, wskazać każdemu człowiekowi na możliwość okazania jego miłości do Boga i, na koniec, uczynić potrzebę wzajemnej miłości człowieka do człowieka.

Do tych celów Bóg powołał rodzinę – przedsionek raju, w niej najpierw powinna była okazać się czysta miłość małżeńska. Później miłość małżeńska powinna była przekształcić się w miłość rodzicielską ku dzieciom, dziecięcą miłość do rodziców i we wzajemną miłość między braćmi i siostrami w zgodnej rodzinie, połączonej i dążącej w jednym, wspólnym porywie miłości do Boga.

Tę myśl ap. Paweł wykłada w swojej analogii między Chrystusem i Kościołem, mówiąc:

“Mężowie, miłujcie żony swoje, jak i Chrystus umiłował Kościół i wydał zań samego siebie. (…) Tak też mężowie powinni miłować żony swoje, jak własne ciała. Kto miłuje żonę swoją, samego siebie miłuje. (Ef. 5:25,28).

Zadziwiające jest to, że Bóg miłości, Stwórca wszystkiego, obdarzył poczuciem pokrewieństwa nie tylko człowieka, lecz też zwierzęta. Chociaż u zwierząt ograniczone jest ono do czasu, w którym ich młode krzepną fizycznie. Niekiedy to pokrewieństwo znika w ciągu nocy lub z pierwszym wylotem z gniazda. I tylko człowiek, pozostając zagadką dla siebie samego, zachowuje to dziecięce i rodzicielskie przywiązanie do dnia śmierci, a nawet później.

Jesteśmy stworzeni do miłości ku Bogu, rodzinie i bliźniemu. Tak samo, jak ptaki stworzone są po to, żeby latać, ryby – żeby pływać, gwiazdy – żeby lśnić na nieboskłonie, tak nasze serca stworzone są po to, żeby wszystkich kochać.

Główne wymagania Synajskiego zakonu wygrawerowane zostały przez Boga na dwóch kamiennych tablicach. Na lewej tablicy – cztery przykazania, regulujące nasz stosunek z Bogiem; na prawej – sześć przykazań, regulujących nasze stosunki z bliźnimi. Obie tablice mówią o tym samym: o miłości do Boga i o miłości do bliźniego.

Jest to podstawa wszystkich praw świata. Tymi dwoma zasadami powinien był kierować się cały rodzaj ludzki. Te dwie zasady spoczywają u podstawy prawdziwego chrześcijaństwa. To jest to, co miał na myśli ap. Jan, kiedy pisał: “Umiłowani, nie podaję wam nowego przykazania, lecz przykazanie dawne, które mieliście od początku; a tym przykazaniem dawnym jest to Słowo, które słyszeliście. A jednak nowe przykazanie podaję wam, to, które jest prawdziwe w nim i w was, gdyż ciemność ustępuje, a światłość prawdziwa już świeci. Kto mówi, że jest w światłości, a brata swojego nienawidzi, w ciemności jest nadal. Kto miłuje brata swego, w światłości mieszka i nie ma w nim zgorszenia. Kto zaś nienawidzi brata swego, jest w ciemności i w ciemności chodzi, i nie wie, dokąd idzie, gdyż ciemność zaślepiła jego oczy. Albowiem to jest zwiastowanie, które słyszeliście od początku, że mamy się nawzajem miłować. Nie jak Kain, który wywodził się od złego i zabił brata swego. A dlaczego go zabił? Ponieważ uczynki jego były złe, a uczynki brata jego sprawiedliwe” (1 Jan 2:7-11, 3:11-12).

“Albowiem to jest zwiastowanie, które słyszeliście od początku”. Jeszcze w Edenie Bóg dał ludziom dwa przykazania: kochać Boga i kochać bliźniego. Lecz Adam naruszył pierwsze przykazanie, zostawiając Boga, a Kain – drugie, zabijając brata. “A dlaczego go zabił?” – zabił go z zawiści! Dlatego zabił, gdyż nie miał miłości, bo “miłość nie zazdrości”.

Szatan skłócił nas z Bogiem i zasiał wrogość między nami a bliźnimi. Zapomnieliśmy, że jest jedna tylko ludzka rodzina – jedna ludzkość na ziemi, i cała powstała z jednego ojca i matki, Adama i Ewy. Gdy “z jednego pnia wywiódł też wszystkie narody ludzkie, żeby mieszkały na całym obszarze ziemi, ustanowiwszy dla nich wyznaczone okresy czasu i granice ich zamieszkania, żeby szukały Boga” (Dz. Ap. 17r.). Mówiąc inaczej: wszyscy ludzie wywodzą się od Adama – są krewnymi, braćmi i siostrami. Istniejące rasowe podziały ludzkości są bardzo powierzchowne i nieistotne. Im bliżej i głębiej zapoznajemy się z naturą człowieka, tym wyraźniej widzimy, że wszystkie rasy, od czarnej do białej, mają te same duchowe i fizyczne cechy.

Naturalna jedność wszystkich ras ludzkich, jak uczy Biblia, potwierdzona została też przez naukę: krew białego i krew Murzyna nie różni się chemicznie; odkryto zaś fatalną różnicę między składem krwi ludzkiej i krwi dowolnego stworzenia.

Wszystkie rasy mają ten sam proces narodzin, wzrostu, rozwoju, chorób, cierpień, śmierci i rozpadu.

Człowiek, pomijając wszelką rasową różnicę – jest jedyną istotą na ziemi, posługującą się artykułowaną mową, humorem, śmiechem…

Człowiek dowolnej rasy ma umysł, który rozsądza, serce, które czuje, wolę, która wybiera, i duszę, które nie umiera.

Wszystkie rasy mają poczucie winy, współczucia, to samo sumienie, te same nadzieje i oczekiwania, ten sam religijny instynkt i uniwersalną skłonność do modlitwy, tę samą wrażliwość na okazaną im miłość, przyjaźń, dobroć, tkliwość itp.

Bóg “nie patrzy na osobę i nie patrzy na kolor skóry, Bóg patrzy na serce człowieka… Bóg nie ma względu na osobę. Lecz w każdym narodzie miły mu jest ten, kto się Go boi i sprawiedliwie postępuje” (Dz. Ap. 10 r.). Bóg nie tylko “z jednego pnia wywiódł też wszystkie narody ludzkie”, ale też jedną krwią, krwią Syna Swego odkupił je, stworzywszy w ten sposób nowy rodzaj pokrewieństwa, inną duchową rodzinę dzieci Bożych.

Wszystko, wyżej powiedziane, nie jest nowe. “Ojcostwo Boga”, “braterstwo narodów”, “miłość do Boga, do bliźniego, do wszystkich ludzi” – któż tego nie słyszał i nie zna? Lecz, niestety, wszystko to pozostaje w sferze głośnych haseł i pięknych słów, nie mających praktycznego zastosowania.

W rzeczywistości, ludzie atomowego wieku zamknęli się sami w sobie, na wszystko i na wszystkich są obojętne, często bez zasad i nawet bez sumień. Wielu stało się odrażającymi zewnętrznie i bardzo nędznymi wewnętrznie. Wiarę nazwali głupotą, miłość – egoizmem, świętość – pychą; w swoim sercu pogrzebali prawdę, odrzucili Boga miłości, podeptali Jego Boże objawienie, zerwali z bezcennymi ideałami przeszłości, wyrzekli się wolności wewnętrznej i są obojętni na wolność zewnętrzną.

Astronauci, obserwujący naszą planetę, będący na księżycu, widzieli ją jako piękną kulę i ciężko było im pogodzić się z tym smutnym faktem, że w tym czasie na niej trwały krwawe wojny, rasowa wrogość, powstania i rewolucje, że cała ziemia skazana jest na okropności i żyje w lęku możliwej samozagłady.

Przenikając za parawan światowej historii i współczesnego chaosu międzynarodowego, zaczynamy rozumieć, dlaczego ludzkość jeszcze nigdy nie mogła wyjść z tego punktu bez wyjścia, w którym się znalazła od razu za bramą Edenu; dlaczego ona ciągle jeszcze urządza się i nie może się urządzić.

Ludzkość odrzuciła ten jedynie pewny fundament, na którym można budować coś, co zasługuje na budowanie. Ona przez cały czas urządza się bez Boga i z uporem próbuje osiągnąć sukces bez miłości do Boga i bliźniego.

Byliśmy świadkami historycznego wydarzenia, potwierdzającego ten fakt. Po drugiej wojnie światowej, gdy przedstawiciele wszystkich państw ziemi zebrali się w San Francisco po to, żeby “położyć kres wojnom” i zorganizować pod egidą “Narodów Zjednoczonych” uniwersalny pokój na ziemi, ani jedno posiedzenie tych przedstawicieli nie było rozpoczęte lub zakończone modlitwą i ani na jednym posiedzeniu imię Boże nie zostało wspomniane.

Dziś przekonujemy się o prawdziwości słów Pańskich: “Beze mnie nic uczynić nie możecie” (Jan 15 r.). Po przeszło 50– letnim istnieniu tej organizacji, ludzkość znajduje się jeszcze dalej od chcianego pokoju na ziemi niż było to wcześniej.

Ludziom tego świata wydaje się, że dla takiej anomalii istnieje wielkie mnóstwo przyczyn, ale w samej rzeczy jest tylko jedna przyczyna, z której wszystkie pozostałe przyczyny wypływają. Tą jedyną przyczyną jest naruszenie głównego przykazania Stwórcy, przykazania wyrażonego tylko w jednym słowie: “MIŁUJ!” – “Miłuj Boga, miłuj bliźniego!”.

“A kto jest moim bliźnim?” – ciągle jeszcze zapytują ludzie.

To pytanie najpierw zostało zadane Chrystusowi przez młodego znawcę zakonu, “uczonego w Piśmie”. Wiedział on, że dla Greków wszyscy ludzie, którzy nie mówili po grecku, byli barbarzyńcami; dla Rzymian, nie mający rzymskiego obywatelstwa, byli plebejuszami i smerdami; dla Żydów wszyscy nieobrzezani, byli poganami. Według uczonych w Piśmie, bliźnim każdego Żyda mógł być tylko Żyd, blisko niego mieszkający – jego sąsiad z prawej lub lewej strony.

W odpowiedzi na pytanie młodego uczonego w Piśmie, Chrystus przytoczył przypowieść i w ten sposób skończył ze wszystkimi innymi poglądami, odpowiedziami i interpretacjami.

Chrystus objawił, że miłość Boża nie zna żadnych ograniczeń i nie uznaje żadnych podziałów; ona miłuje cały rodzaj ludzki jednakową, niepodzielną miłością.

“Stare przykazanie” o miłości do bliźniego zostało dane Izraelitom, gdyż poganie nie posiadali jeszcze objawienia Bożego; “Nowe przykazanie” – zostało dane wszystkiemu stworzeniu pod niebem; dla Żydów i Greków, barbarzyńcy i Scyty, niewolnika i wolnego, męskiej i żeńskiej płci.

Naszym bliźnim może być członek naszej rodziny lub człowiek, którego widzimy pierwszy raz. Lecz, kimkolwiek on byłby, nasz stosunek do niego powinien odpowiadać zasadzie, której trzymał się znany Bill Rogers i która wygrawerowana została na jego pomniku: “Nie spotkałem w życiu swoim ani jednego człowieka, który by nie podobał mi się i którego bym nie kochał”.

W przypowieści o miłosiernym Samarytaninie zbójcy nie okazali miłości do człowieka, który wpadł im w ręce. Oni “go obrabowali, poranili i odeszli, zostawiając go na pół umarłego”.

“Przypadkiem szedł tą drogą jakiś kapłan”, lecz brak mu było miłości do bliźniego: “zobaczywszy go, przeszedł mimo”. “Podobnie i Lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, przeszedł mimo”.

Jeśli kapłan widział poranionego człowieka z daleka, to Lewita widział na pół umarłego całkiem blisko, podszedł, popatrzył, słyszał jęki nieszczęsnego i “przeszedł mimo”….

Lecz oto “pewien Samarytanin… (obcokrajowiec i wyznający inną religię), podróżując tędy, podjechał do niego i ujrzawszy, ulitował się nad nim”.

Trzeba powiedzieć, że w czasach Chrystusa nie było większej wrogości i wzajemnej nieprzyjaźni, jak ta, która była między Żydami i Samarytanami. Ewangelia donosi, że “Żydzi nie obcują z Samarytanami”.

I oto ten obcy, “podszedłszy opatrzył rany jego, zalewając je oliwą i winem, po czym wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i opiekował się nim”. Samarytanin, pozostawiwszy wszystkie swoje sprawy ze względu na cierpiącego, spędził z nim pozostałą część dnia. Nawet przenocował w gospodzie, “a nazajutrz dobył dwa denary, dał je gospodarzowi i rzekł: Opiekuj się nim, a co wydasz ponad to, w drodze powrotnej oddam ci”.

Możliwe, że opowiedziana przez Chrystusa historia nie była przypowieścią, ale przypadkiem z życia, który spowodował zdziwienie Zbawiciela, jak zdarzyło się to z niewiastą kananejską lub rzymskim setnikiem.

Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie zawiera w sobie trzy podstawowe ideologie lub poglądy:

Zbójcy – ideologia egoizmu, gdzie własne interesy są ponad wszystko.

Kapłan i Lewita – ideologia kompromisu: być neutralnym, nie mieszać się w cudze sprawy.

Samarytanin – ideologia miłości. Istota miłości w tym też zawiera się, że ona nie jest zdolna do pasywności, nieczułości, obojętności w stosunku do losu otaczających ją ludzi.

Zbójcy, znawcy zakonu, kapłani i Lewici, mieli intelektualną wiedzę o miłości do bliźniego, lecz nie mieli serdecznej, szczerej miłości.

Samarytanin miał te dwie rzeczy.

Kończąc przypowieść, Chrystus wzywa uczonego w zakonie i każdego z nas, do naśladownictwa: “Idź, i ty czyń podobnie”. Idź i okazuj swoją miłość, nie zamykając jej w ramach rodziny, narodowości, rasy lub religii. Idź i służ swoją miłością wszystkim, nie myśląc o pochwale, o własnych korzyściach i wygodach.

Idź i czyń dobrze bliźniemu; ale czyń je nie “cudzymi rękami”, jak to jest u niektórych w zwyczaju, ale czyń je swoimi własnymi rękami – czyń to, co w twojej mocy.

Idź i nie bój się odpowiedzialności, nie oddawaj twego czynienia dobra innemu, nie wsadzaj twego rannego bliźniego na cudzego osła, nie używaj cudzego wina i oliwy, nie rozliczaj się z gospodarzem gospody cudzymi pieniędzmi, kiedy sam jesteś w stanie pokryć wydatki.

Idź i czyń to od razu, nie odkładając na później, czyń teraz i czyń z całego twojego kochającego serca.

Czyn Samarytanina uczy nas dwóch rzeczy: po pierwsze, odpowiada on nam na pytanie: “kto jest moim bliźnim?”, a po drugie, pokazuje nam, jak powinniśmy kochać naszego bliźniego.

“A bliźniego swego, jak siebie samego!” – mówi Pan.

Ten, kto był naocznym świadkiem tego, jak Samarytanin, pochylając się nad cierpiącym, obcym dla siebie człowiekiem, delikatnie opatruje rany, mógł pomyśleć, że to nie kto inny, jak jego szkolny kolega, przyjaciel z dzieciństwa. A kiedy Samarytanin wniósł “na pół żywego” do gospody i rozmawiał z gospodarzem, ten był przekonany, że cierpiący to rodzony brat nieznajomego. Samarytanin kochał swego bliźniego, jak siebie samego.

Miłość do bliźniego ma wszystkie najlepsze cechy: współczucie, dobroć, poświęcenie, delikatność, mądrość, pokorę, uniżenie itp. Mając w sercu swoim takie uczucia, nie jest nam trudno “kochać bliźniego, jak siebie samego”.

Wątpliwe czy Samarytanin był człowiekiem wielkiego umysłu, dużej wiedzy, wielkich idei i godności, ale miał on, jak widać, inną, bardziej złożoną wiedzę, zdolność rozumienia ludzi, wchodzenia w ich problemy i potrzeby.

Nie mógł on nie postawić się w sytuacji na pół umarłego i nie okazać mu współczucia i ofiarności.

Postępowanie Samarytanina, tak samo jak kapłana i Lewity, było odbiciem ich wewnętrznej duchowej treści, ich istoty.

Człowieka poznaje się nie po tym, co on o sobie myśli lub mówi, ale po czynach, które dokonuje. Jak też powiedziano: Życiem dobrego człowieka jest dobro, czynione przez niego w życiu innych ludzi”.

Możliwość kochania bliźniego – jest najbardziej błogosławionym darem, jakim Stwórca obdarzył duszę człowieka, i żałosny jest ten człowiek, który nie pragnie zwrócić się do Chrystusa i z tego Bożego daru korzystać.

Wszystko, co zostało w świecie uczynione dobrego, pożytecznego, wielkiego, zostało uczynione z miłości i miłością, a to, co zostało zaniedbane i czego nie uczyniono, zostało uczynione z powodu braku miłości.

Miłość nie może ograniczyć się do wzniosłych nabożeństw i błogosławionego samopoczucia duszy. Ona szuka możliwości okazania się w życiu i służbie ludziom. Prawdziwy chrześcijanin nie oczekuje miłości od ludzi; on otrzymuje ją od Boga, a otrzymawszy, promieniuje nią na wszystkich otaczających.

Współczesny świat pełen jest cierpiących, potrzebujących naszej osobistej pomocy, pełen ofiar niesprawiedliwości, bezsilności, beznadziejności i rozpaczy.

Prawdziwy chrześcijanin, który przeżył w swoim życiu nowonarodzenie z góry, nie zacznie pytać ludzi, co ma robić. Miłość która stała się poruszającą mocą w jego życiu, ciągle będzie mu wskazywać, co robić. Dla niego czyjeś Getsemane nie wydaje się zwykłym nocnym spacerem i czyjaś Golgota – zwykłym wzgórzem. Okaże on głębokie zainteresowanie ku ludziom. Miłość nauczy go, jak najlepiej podejść do najbardziej ściśniętego ludzkiego serca, często zamkniętego i zimnego, do wszystkiego i do wszystkich ludzi rozczarowanego; zapoznać się z ich niepowodzeniami, nieszczęściami, bólem i okazać im zrozumienie, współczucie i miłość, pomóc modlitwą, radą, duchowo, fizycznie i materialnie.

Prawdziwy chrześcijanin patrzy na swojego bliźniego, jak na swojego sobowtóra. Pragnie on doprowadzić bliźniego do tego samego źródła prawdy, miłości i radości, z którego sam czerpie.

Korzystając z tego szczęścia, które ma on w Chrystusie, w naturalny sposób chce on, żeby i jego bliźni rozkoszował się tym samym szczęściem. Chrześcijanin przekonał się, że przyprowadzając bliźniego do Chrystusa, nie pomniejsza swojej miłości, ale powiększa ją.

“Miłość swoją wtedy dopiero utrzymujemy, kiedy innym ją dajemy…”

Chrześcijaństwo bez miłości do bliźniego, bez czynu – jest fałszywym chrześcijaństwem. Samozwaniec Dymitr, zdobywszy na krótki czas Moskiewski tron, powiedział do zebranych bojarów: “Uważacie siebie za najbardziej sprawiedliwych ludzi na ziemi, a jesteście zdemoralizowani, źli, mało kochacie bliźniego i nie jesteście zdolni do tego, żeby czynić dobro”.

Psychologia uczy, że “miłość jest uczuciem, wypływającym z chęci czynienia dobra innemu, bez oczekiwania jakiejkolwiek korzyści dla siebie”.

Czy taka jest nasza miłość do bliźniego?

Zwykle kochamy tych bliźnich, którzy są dla nas przyjemni i cenimy ludzi, którzy są dla nas pożyteczni, kiedy możemy ich wykorzystać do osiągnięcia swoich małych ziemskich celów. My nie chcemy tak kochać bliźniego, jak oczekujemy, żeby on kochał nas – nie kochać, a być kochanym.

Jednak według motywacji nie w pełni dla nas zrozumiałej, Boże przykazanie o miłości do bliźniego, nie nakazuje bliźniemu kochać nas, ale nakazuje nam kochać bliźniego.

Brak w nas miłości do bliźniego zdolny jest zasmucić naszego bliźniego tylko na krótki czas, gdy my sami skazani jesteśmy na ciągłe trwanie w takim żałosnym sranie duchowym.

Tragiczne jest to, że bez miłości do bliźniego nie jesteśmy ludźmi, ale bezdusznymi posągami: nasze słowa o miłości są “miedzą brzęczącą”, nasze uczucia – zaschłym gipsem.

O apostolskim chrześcijaństwie można było powiedzieć: “chwalili Boga i cieszyli się przychylnością całego ludu” (Dz. Ap. 2 r.). Ze współczesnego, bezdusznego chrześcijaństwa, nie ma ani chwały Bożej, ani zrozumienia u ludzi.

Przypomina mi się bohater Maksyma Gorkiego, który kochał całe ziemskie stworzenie, prócz człowieka. “Ludzi nie kocham – mówił on – jacy to ludzie, jeśli oni jeden drugiemu pomóc nie mogą?”.

O ludziach, nie mających prawdziwej miłości ani do Boga, ani do bliźniego, Puszkin powiedział: “Oni kochać umieją tylko martwych” (Borys Godunow). Ta sama myśl u Gorkiego brzmi tak: “U nas, prócz nieboszczyków, nikogo żałować nie umieją…”.

Każdy, kto był na pogrzebie i słyszał mowy nad grobem, przekonał się o prawdziwości tych słów. Dlaczego tak jest, że za swojego życia nieboszczyk nie słyszał ani jednego dobrego słowa od wszystkich tych, którzy teraz nad grobem śpiewają jak słowiki, o “wielkich zasługach i niezliczonych zaletach zmarłego”?

Prawdziwa miłość jest spostrzegawcza i przenikliwa. Ona nie przyciąga ku sobie ogólnej uwagi. Ona nie mówi o sobie wiele, lecz dużo czyni; i im głębsza ona, tym bardziej milcząca.

Prawdziwa miłość – to słońce, które nie tylko świeci, ale i grzeje.

Chwała Bogu za to, że Słońce wiecznej miłości wzeszło w sercach naszych, w dniu naszego świadomego upamiętania i pojednania z Bogiem i bliźnim, i nigdy już nie zajdzie, ale będzie oświecać nas Swoją Prawdą i ogrzewać Swoją Miłością wiecznie.

Śmierć i czas królują na ziemi,
Ty władcami ich nie nazywaj!
Wszystko, obracając się, znika we mgle,
Niewzruszone jest tylko Słońce Miłości…

P. I. Rogozin

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz