Bardziej kochałbym swoją żonę

Gdybym miał zaczynać życie rodzinne od nowa, jeszcze bardziej kochałbym matkę moich dzieci. To znaczy, jeszcze więcej okazywałbym jej swoją miłość przed dziećmi. W codzienności życia rodzinnego łatwo jest przyzwyczaić się do miłości i do siebie wzajemnie, a tym samym pozbawić miłości jej prawdziwej głębi. Aby moje dzieci wiedziały, że kocham ich matkę, starałbym się pamiętać o wyświadczaniu jej drobnych usług. Prawdziwa miłość jest widoczna. Chciałbym więc wyrażać miłość w specjalnej uprzejmości, takiej jak – otwieranie dla niej drzwi do samochodu, w podawaniu jej krzesła do stołu, w dawaniu nawet drobnych podarunków przy specjalnych okazjach i w pisaniu do niej listów gdy jestem z dala od domu… Szeptałbym miłe słowa o niej do uszu moich dzieci…

Rozumiem to bowiem lepiej niż przedtem, że kiedy dziecko widzi bliską społeczność miłości między rodzicami, jego miłość wzbogaca się, a tym samym wszystkie radości i przyjemności życia stają się większym jego udziałem. Jestem przekonany, że nic tak nie napełnia radością i pokojem serca dziecka jak widok kochających się rodziców. Jestem bowiem teraz tego pewien, że istnieje ścisły związek pomiędzy wzajemną miłością rodziców, a posłuszeństwem dzieci, ich miłością i troską.

Częściej śmiałbym się z moimi dziećmi

Gdybym miał zaczynać życie rodzinne od nowa, częściej śmiałbym się. Tak, częściej śmiałbym się z moimi dziećmi. Oskar Wilde pisał: „Najlepszym sposobem wykształtowania dobrego charakteru dzieci, jest czynienie ich radosnymi”. Pamiętam jak śmiałem się z moimi dziećmi kiedy przynosiły zabawne historyjki ze szkoły lub jak dawałem się złapać na ich różne „tricki” i podchwytliwe pytania. Przypominam sobie ich okrzyki zadowolenia kiedy żartowałem z nimi i brałem udział w ich dowcipkowaniu.

Pamiętam jak po latach przypominały jeszcze wesołe przeżycia, które mieliśmy w rodzinie i wiem, że są to niezapomniane przeżycia, przeżycia które nadal nas łączą.

Pamiętam również jak nieraz ubawiliśmy się jadąc samochodem. Rzadko zdarzało się, jeśli w ogóle zdarzało się, abyśmy mieli ochotę do łajania, kiedy byliśmy odprężeni i skorzy do śmiechu. Pamiętam jak jechaliśmy w wielostopniowym upale. Na posiłek zatrzymaliśmy się przy małym, ale pięknym wodospadzie. Po posiłku dzieci weszły do rzeczki, idąc w kierunku wodospadu. W końcu jedno z nich, będąc już blisko wodospadu, pośliznęło się i upadło do wody. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Ubranie było całkowicie przemoczone. Ale zaraz za nim drugi z kolei podszedł tak blisko spadającej wody, że również został przemoczony. I znowu śmialiśmy się z pechowca. W końcu wszystkie dzieci usiadły pod wodospadem, rozkoszując się przyjemnym chłodem spadającej na ich ciała wody… A dzisiaj, po wielu latach, jest to jedno z najprzyjemniejszych naszych rodzinnych wspomnień. A więc, jeślibym miał zaczynać życie rodzinne od nowa, śmiałbym się więcej z siebie, swoich błędów i upadków. Zbyt wiele bowiem powstaje napięć życiowych, szczególnie w rodzinie, z tego powodu, że jesteśmy zbyt poważni, a tym samym łatwo się obrażamy.

Byłbym lepszym słuchaczem

Większość z nas rodziców ma trudności ze słuchaniem. Jesteśmy stale obciążeni obowiązkami życiowymi. Jesteśmy często zmęczeni kiedy wracamy do domu po pracy lub po wyczerpującym psychicznie dniu. Chcemy o wszystkim zapomnieć, lub też jesteśmy nadal pochłonięci naszymi sprawami i nie chcemy kogokolwiek i o czymkolwiek słyszeć. Rozmowa dziecka wydaje się nam jak natrętne brzęczenie muchy czy też mało ważną rzeczą.

Gdyby moje dziecko było znowu małe, przestałbym czytać gazetę, gdy ono chce ze mną rozmawiać. Powstrzymałbym się od cisnących się na wargi słów zniecierpliwienia i przerywania rozmowy. Takie chwile bowiem mogą być najlepszymi okazjami do okazania miłości dla dziecka.

Pewnego popołudnia, jakiś mały chłopiec próbował pokazać swemu ojcu małe zranienie na swoim palcu. W końcu, po wielokrotnym usiłowaniu ze strony malca zwrócenia uwagi ojca na zraniony palec, ojciec przerwał czytanie i ze zniecierpliwieniem i zdenerwowaniem powiedział: „przecież nic ci nie mogę pomóc, chyba sam rozumiesz?” „Owszem, możesz, tatusiu”, odpowiedział malec, „możesz powiedzieć: O, co za przykrość…!”.

Słuchając, zwracałbym więcej uwagi na pytania dziecka. Ktoś obliczył, że przeciętne dziecko zadaje około 500.000 pytań do lat 15-tu. Cóż za przywilej i sposobność dla rodziców — około pół miliona razy móc powiedzieć coś dzieciom o ważnych sprawach życiowych!

Gdybym miał wszystko zaczynać od początku, słuchałbym więcej tak zwanym „trzecim uchem”. Starałbym się słyszeć to co moje dziecko czuje gdy zadaje pytania lub wyraża stwierdzenia. Gdy moje dziecko pyta: „tatusiu, czy musisz dzisiaj znowu wychodzić z domu? To mogę już sobie wyobrazić jego cichą odpowiedź: „chciałbym być z tobą”. Stałem kiedyś obok ojca, w czasie gdy jego mały synek o coś go bezskutecznie prosił. Widząc, że zauważyłem natrętną prośbę malca i czując się nieswojo z powodu niereagowania na jego nagabywanie, usprawiedliwiająco powiedział: „to tylko takie dziecięce marudzenie”. A ja pomyślałem w tym momencie, że za parę lat sytuacja się odwróci, to ojciec będzie zwracał się o coś do syna, a syn odpowie: — o, to tylko takie starcze marudzenie”.

Jestem przekonany, że istnieje ścisły związek między uważnym słuchaniem dziecięcych zwierzeń, a jego późniejszą otwartością w dzieleniu się swoimi problemami dorastania z rodzicami. Jestem obecnie przekonany, że rodzic, który zadaje sobie trud słuchania zwierzeń i rozumienia uczuć dziecka wtedy kiedy ono jest jeszcze małe, będzie w stanie rozumieć swoje dziecko w jego późniejszych latach.

Starałbym się być bardziej uczciwym

Gdybym miał zaczynać życie rodzinne od nowa, starałbym się być bardziej uczciwym. Gdy to mówię, czuję się trochę nieswojo, ponieważ zawsze stawiałem na pierwszym miejscu uczciwość. Zawsze uważałem się za człowieka uczciwego w tym sensie, że nie pozwoliłbym sobie na przywłaszczenie cudzego centa lub świadome powiedzenie kłamstwa. Jednakże wiem z własnego doświadczenia, że rodzice nieraz stosują innego rodzaju nieuczciwość, która pretenduje do doskonałości, lub stosują podwójną miarę.

Pewien ojciec wyznał, że nie zdawał sobie sprawy ze swojej nieuczciwości zanim nie nauczył się przykrej lekcji. Jego syn, uczeń 4 klasy przyniósł kiedyś niską ocenę za wymowę (przedmiot w szkołach podstawowych w USA — przyp. tłumacza). Mimo ojcowskich wymówek i wysiłków podejmowanych przez chłopca, nie udawało się jakoś poprawić stopnia. Aż pewnego dnia syn tak powiedział do nauczyciela: „Kiedy mój tata chodził do szkoły, zawsze miał dobre stopnie z wymowy…” „A skąd wiesz”, odpowiedział nauczyciel. „Czy ojciec powiedział ci to?”. „Nie” odpowiedział syn, „lecz na pewno miał dobre stopnie, bo zrozumiałem to z jego wymówek”.

„W sposobie robienia wyrzutów synowi”, skonkludował ojciec, „wyraziłem swoją nieuczciwość”. Faktem bowiem jest to, że i ja miałem wielkie trudności z wymową angielską. Kiedy powiedziałem szczerze o tym synowi, w tym momencie zobaczyłem błysk nadziei w oczach chłopca. Od tego momentu syn coraz lepiej sobie radził z wymową. Przez wywarcie na nim wrażenia, że zawsze miałem dobre stopnie z wymowy sprawiłem, że czuł się załamany. Przez uczciwe przyznanie się do swojej słabości, dałem mu nadzieję, że skoro ja mogłem sobie z tym poradzić, to i on na pewno da sobie z tym radę. Nie chcę powiedzieć, że rodzice powinni zwierzać się przed dziećmi ze wszystkich swoich słabości i błędów popełnionych w przeszłości. Niektórzy rodzice nawet przechwalają się swoimi wyczynami i przygodami wątpliwej wartości. Tego rodzaju zwierzenia mogą mieć zły wpływ na dziecko. Jednakże przyznanie przed dzieckiem, że jego problem nie jest wyjątkowy (bo ja z nim spotkałem się) jest daniem dziecku nadziei i pomocy do przezwyciężenia tego problemu. Dla każdego dziecka, uświadomienie sobie, że jego ojciec, którego ono powinno podziwiać, staczał te same walki, jest dla niego zachętą i jednocześnie zapowiedzią przyszłych zwycięstw. Tak długo jak rodzice udają, że są doskonali i nie przyznają się do błędów, tak długo dziecko żyje w atmosferze nacechowanej uczuciem niepowodzenia i nieprzydatności. Wiem, że dobrze przygotowane do życia, szczęśliwe dziecko nie pochodzi z domu, gdzie wszystko było doskonałe lub gdzie popełniano mało błędów. Przeciwnie, takie dziecko pochodzi z domu, w którym rodzice popełnili wiele błędów, lecz byli na tyle uczciwi, że mogli się do nich przyznać.

Przestałbym się modlić za rodzinę

Czy nie brzmi to dziwnie, a nawet szokująco gdy mówię, że przestałbym modlić się o swoją rodzinę? Pozwólcie więc, że wyjaśnię dokładnie co mam na myśli. Często w przeszłości modliłem się mniej więcej w ten sposób: „Panie, pomóż mojemu synowi być dobrym chłopcem. Zmień jego odruchy Panie. Daj mu więcej Twojej miłości. Spraw, aby jego zachowanie w rodzinie było przyjemniejsze. Pomóż mu być posłusznym”.

Trwało to tak aż do pewnego wieczoru, gdy nagle, będąc sam w pokoju, uświadomiłem sobie, że muszę zaprzestać takiej modlitwy. Stawało się bowiem oczywiste, że moje modlitwy nie odnoszą skutku. Przeciwnie, dzieci jakby mniej wiedziały o miłości niż w latach wcześniejszych. Takie cechy charakteru jak delikatność i uprzejmość powoli zanikały. Zrozumiałem więc, że muszę przestać modlić się o nich. Modliłem się bowiem o niewłaściwą osobę. Zaprzestałem więc tego rodzaju modlitwy o swoją rodzinę. Zrozumiałem, że jeśli moje dzieci mają poznać miłość Chrystusową to ja, jako ich ojciec muszę więcej sam przeżywać miłość Chrystusową i uwidaczniać ją w praktyce życia codziennego. Jeśli one miały uczyć się miłości w stosunku do innych, to ja potrzebowałem boskiej pomocy w okazywaniu prawdziwej miłości w stosunku do nich i do innych ludzi.

Tak więc moje modlitwy zmieniły się i odtąd zacząłem modlić się: „Panie, pomóż mi być miłującym i uprzejmym tak jak Ty jesteś dla mnie”. Przestałem również zanosić troskliwe modlitwy o swoją żonę, gdy zdałem sobie sprawę, że moim zadaniem nie jest uczynić ją dobrą, lecz szczęśliwą. Nie powinienem się modlić, aby Bóg pomógł jej wykonać wszystkie zajęcia. Powinienem raczej prosić Boga aby pomógł mi widzieć zawsze wszystkie okazje kiedy mogę jej pomóc i ułatwić jej zadanie. Tak więc i te modlitwy uległy zmianie i odtąd zacząłem modlić się: „Panie, uczyń mnie prawdziwym mężem, gorliwym i ochotnym do czynienia wszystkiego co mogłoby uszczęśliwić moją żonę”. Zrozumiałem, że tym, który najbardziej potrzebował Bożej pomocnej łaski, byłem ja.

Wiecie, od tego wieczoru cały mój świat zmienił się. Mój dom zmienił się. Dało się wkrótce zauważyć, że moja żona i dzieci zmieniły się. Nowa atmosfera miłości przenika dom, a nawet samochód, kiedy razem jedziemy. Dzieci wydawały się być grzeczniejsze, a wszystko to zaczęło się z chwilą gdy przestałem modlić się o nich, a zacząłem modlić się, aby Bóg dał mi nowe odruchy, kiedy zacząłem prosić Boga aby pomógł mi powstrzymać się od wszystkiego, co sprawia przykrość moim umiłowanym, lub narusza naszą społeczność, kiedy powiedziałem Bogu, że chcę czynić wszystko co uszczęśliwia moje dzieci i żonę. Coś się wydarzyło, kiedy zapragnąłem aby Bóg mnie więcej zmienił, niż innych.

Starałbym się być częściej z rodziną

Gdybym miał zaczynać życie rodzinne od nowa starałbym się jeszcze bardziej pogłębiać więź rodzinną. Może wydawać się to dziwne mówić o rodzinie, która żyje pod jednym dachem, aby starała się pogłębiać więź rodzinną. Jednakże faktem jest, że wielu, którzy nawet żyją w jednym domu, są bardzo od siebie oddaleni. I jeśli zapamiętałem jakąś wypowiedź, która utkwiła mi najbardziej w pamięci z licznych spotkań i konferencji poświęconych sprawom życia rodzinnego, to brzmi ona tak: „gdybym miał zaczynać od nowa, spędzałbym więcej czasu z moimi dziećmi”. Właśnie czas spędzony razem, a nie tylko wspólnie czynione rzeczy, jest tym co pozostaje w naszej pamięci.

Każdy ojciec ma 168 godzin w tygodniu. Z tego ok. 40 godzin w pracy zawodowej, a około 56 godzin przeznacza na spanie. Pozostaje mu jeszcze 72 godz., które może spędzić według swego uznania. Ile z tych godzin spędza razem z rodziną?

Pewna 300 osobowa grupa chłopców z ostatniej klasy szkoły podstawowej postanowiła robić skrupulatne notatki dotyczące ilości czasu jaki ich ojcowie poświęcają rodzinie w okresie 2 tygodni. Okazało się później, że większość z nich widziała swego ojca tylko przy obiednim stole. Niektórzy z nich w ogóle nie widzieli ojca przez pewien czas. Przeciętna ilość czasu, w którym ojciec i syn byli razem w ciągu całego tygodnia wynosiła 7 i pół minuty.

Pewnego wieczoru, gdy już zasypiałem usłyszałem ciche kroki w hallu, za moment 3-letni Dawid wszedł powoli przez drzwi i stanął przy moim łóżku, „co chcesz Dawid?” — zapytałem. „Nic tatusiu” odpowiedział, „chciałem się obok ciebie położyć i trochę porozmawiać”. Odchyliłem kołdrę i on wsunął się pod nią. Przez chwilę leżał cichutko przytulony do mnie, a potem powiedział: „tatusiu, to było przyjemnie trzymać się za rękę przed klatką ze lwem”. „Z pewnością tak”, odpowiedziałem. „Czy bałeś się?”, „troszeczkę” — odpowiedział. Po chwili ciszy Dawid powiedział: „mieliśmy dzisiaj przyjemny dzień, tatusiu, prawda?”. „O tak” odpowiedziałem. I to było wszystko z naszej rozmowy. Dawid wysunął się z powrotem spod przykrycia i pobiegł do swego łóżka. Za chwilę już spał. Ja jednak przez pewien czas jeszcze nie spałem. Tak, to oczywiste, że mój mały synek uważał za stosowne obudzić mnie, bo chciał być razem z rodziną.

Byłbym bardziej skory do zachęcania

Gdybym miał zaczynać życie rodzinne od nowa, starałbym się częściej i chętniej wyrażać uznanie i pochwały. Robiłem dzieciom wymówki z powodu popełnianych przez nich błędów, czasami nawet „łajałem je” za drobne przewinienia, rzadko natomiast słyszały z moich ust słowa uznania i zachęty za dobrze wykonaną pracę lub dobre zachowanie.

Prawdopodobnie żadna inna rzecz tak nie zachęca dziecka do kochania życia, do oczekiwania spełnienia się marzeń, i nabrania zaufania we własne siły jak szczera (nie gołosłowna) pochwała za to co dobrze zrobiło.

Gdy sir Walter Scott był jeszcze chłopcem, w szkole uważany był za nieuka. Często z tego powodu musiał siadać w kącie klasy ze wstydliwym kapeluszem na głowie. Miał prawdopodobnie wtedy 12 lat, gdy zdarzyło się, że był w pewnym domu, gdzie akurat gospodarze gościli paru przedstawicieli ówczesnego świata literatury. Obecny wśród gości poeta szkocki Robert Burns, stanął przed jakimś obrazem, pod którym wypisana była zwrotka jakiegoś poematu. Burns zapytał obecnych o autora tego poematu. Nikt jednak nie znał autora. W końcu mały chłopiec przycisnąwszy się do niego, powiedział nazwisko autora i wyrecytował z pamięci pozostałe zwrotki poematu. Robert Burns był zdumiony i zadowolony. Położywszy rękę na głowie chłopca powiedział: „ach chłopcze, będziesz kiedyś wielkim człowiekiem w Szkocji”. Od tego dnia Walter Scott był innym chłopcem. Jedno zdanie zachęty postawiło go na drodze do wielkości i sławy.

Zachęcając starałbym się pamiętać dobre rzeczy, które moje dziecko czyni i wyrażać swobodniej moje uczucie radości, wdzięczności i podziękowania za nie.

Zachęta dodaje świeżej energii, o której dr Henry H. Goddard powiada, że można mierzyć w odpowiednim laboratorium. W pewnej szkole zawodowej w Vineland dr Goddard zastosował ergograf, przyrząd służący do mierzenia stopnia zmęczenia. Gdy ktoś powiedział do zmęczonego ucznia, stojącego obok tego aparatu: „świetnie to robisz. John” — instrument natychmiast wykazywał przypływ energii w ciele chłopca. Zniechęcenie i niepowodzenie miało wręcz odwrotny skutek — aparat wskazywał spadek energii.

Starając się zachęcać, jednocześnie starałbym się powstrzymywać od wymówek i łajania gdy moje dziecko przez moment nieuwagi czy beztroskę zabrudzi swoje ubranie.

Wiem teraz, że zdolność pobudzania ukrytych źródeł dziecka przez zachęcanie go, musi być rozwijana, chodzi bowiem o to, abym widział dziecko nie takim jakie ono w danej chwili jest, lecz takim, jakie ono może być w przyszłości i w tym celu właśnie go zachęcać. W ten sposób też naśladujemy Jezusa, który zawsze widział zarówno przyszłość jak i teraźniejszość człowieka. A nie ma chyba miejsca lepszego do zastosowania tej zasady, niż rodzina.

Zwracałbym więcej uwagi na rzeczy małe

Jestem dzisiaj przekonany, że małe rzeczy czynią życie radosnym lub smutnym. Małe rzeczy (sprawy) nawiązują lub zrywają dobre stosunki, wzmacniają lub osłabiają poczucie jedności i miłości i czynią nas delikatnymi lub szorstkimi. I gdybym miał zaczynać życie rodzinne od nowa, starałbym się dostrzegać i przywiązywać więcej wagi do małych rzeczy (spraw).

Szczególnie w stosunkach z dziećmi małe rzeczy i sprawy urastają do rangi wielkich. Pewien mężczyzna, obecnie już w podeszłym wieku, wspominając lata dziecięce powiedział: „w latach mojego dzieciństwa moi rodzice przeżywali ciężkie chwile. Jednakże przypominam sobie jak całe dni naszego życia domowego upływały przyjemnie, a nawet ciężkie chwile wydawały się lekkie dzięki dobroci mojego ojca. Często ojciec wstawał wcześnie rano i szedł do ogrodu, skąd przynosił najpiękniejszy kwiat róży. Następnie kładł go na stole, gdzie zwykle matka siadała do śniadania. Ten gest wymagał tylko kilku chwil miłującego serca. Kiedy jednak stawał za jej plecami gdy sięgała po różę i całował ją na powitanie, cały dzień potem upływał w miłym nastroju. Nawet dziecko, które wstało z łóżka „lewą nogą” i schodziło na dół do jadalni w złym humorze, czuło się zawstydzone swym zachowaniem, a wszystko to działo się z tego powodu, że codzienne życie już z samego rana zostało przyprawione pięknem miłości wyrażonej w bardzo skromny lecz miły sposób”.

Miłe gesty uprzejmości i miłości mają moc, której nie wolno nie doceniać. Zwykle dotknięcie ręki, miły uśmiech, szczery komplement, serdeczna troska — czynią cuda. Maleńkie słówko „dziękuję” przynosi wielką nagrodę. Oferta pomocy, mały podarunek troskliwie wybrany może wnieść uczucie, które rozgrzeje serce na długie tygodnie. Krótkie zwroty: „kocham ciebie” i „bardzo mi przykro” wzbogacają zarówno dawcę jak i odbiorcę.

Zwracając baczniejszą uwagę na rzeczy małe starałbym się wyeliminować ze swojego słownictwa takie słowa i wyrażenia jak: „ach, ty zawsze…”, lub „ty nigdy…”. Wiem, że są najczęściej krzywdzące, stawiają bariery, niszczą inicjatywę i oddalają od siebie ludzi.

Starałbym się rozwijać poczucie przynależności

Gdybym miał zaczynać życie rodzinne od nowa, starałbym się rozwijać silne poczucie przynależności. Dziecko tego potrzebuje, a jeśli nie ma ono poczucia przynależności do rodziny i nie ma lojalności i miłości w stosunku do rodziny, a rodzina do niego, wtedy znajdzie ono szybko więź z grupą poza rodziną. Gdy nie ma poczucia przynależności, wtedy występuje uczucie zagubienia, samotności i braku miłości. Kiedy jednak dziecko świadome jest swojej przynależności do rodziny i stanowi w niej realną wartość, wtedy wchodzi ono w świat silne psychicznie, świadome tego, że jest kochane i przyjmowane i ze zdolnością do kochania i akceptowania innych.

Pamiętam chwile, kiedy byliśmy świadomi tego mocno, że należymy do siebie — choćby noc w czasie której zostaliśmy prawie porwani z naszym namiotem przez sztorm, który przyszedł znienacka, poranne godziny, kiedyśmy chodzili nad brzegami Florydy szukając zębów rekina, wieczory, kiedy leżąc pod gołym niebem opowiadaliśmy sobie różne historie i chwile, kiedy graliśmy razem w piłkę, kiedy ścinaliśmy trawniki i pomagaliśmy pewnej rodzinie przy odnawianiu mieszkania. Uważaliśmy, że należymy do siebie kiedy zachodziła potrzeba odniesienia jakiegoś sukcesu. Mieliśmy poczucie przynależności, gdy wyruszaliśmy w podróż lub do szkoły i wszyscy modliliśmy się lub kiedy powiedziano nam w liście lub przez telefon: „pamiętaj, wszyscy kochamy cię”.

W celu rozwijania poczucia przynależności, poświęciłbym więcej czasu przy wspólnych posiłkach na opowiadanie wydarzeń dnia. Jednakże zbyt często w wielu rodzinach czas wspólnego posiłku zamiast być odprężeniem i odświeżeniem, jest pośpiesznie spełnionym rytuałem po którym wybiegamy z domu. Aby rozwijać poczucie przynależności starałbym się zmienić czas udawania się na spoczynek nocny w jedną z najmilszych godzin dnia. Czas kładzenia się do łóżka może z łatwością stać się chwilą napięcia z tego powodu, że wszyscy są już zmęczeni. W odpowiedzi na pytanie – „z jakiego powodu czujesz się związany z rodziną” dziecko z przedszkola odpowiedziało: „moja mama przykrywa mnie i daje całusa przed zaśnięciem”. A pewien młody człowiek odpowiedział: „najszczęśliwsze i najbardziej cenne chwile mojego dzieciństwa były gdy moja matka czytała nam książkę przed spaniem”. Współczuję dzieciom i rodzinie, w której dzieci w pośpiechu i czasami ze szturchańcami są zapędzane do łóżka. Czas udawania się na nocny spoczynek jest dobrą okazją do budowania pełnego miłości poczucia przynależności.

Starałbym się wykorzystywać czas wolny w rodzinie do wzmacniania poczucia wspólnej przynależności. W dłuższym czasie wolnym powstaje bowiem niebezpieczeństwo, że każdy członek rodziny idzie w swoją własną stronę i znajduje towarzystwo poza rodziną. Kultywował bym więc sztukę wspólnego przebywania i bawienia się. Starałbym się zaszczepić mojemu dziecku poczucie przynależności przez zachęcenie go do brania udziału w zadaniach i pracach domowych. Pewien pisarz podkreślając, że nawet małe dzieci mogą robić coś dla innych pisze: „praca dla nich jest praktycznym przeżywaniem poczucia przynależności, jest uświadomieniem sobie, że są one jako jednostki potrzebne i ważne w ogólnej wartości całego kręgu rodzinnego”. Jestem przekonany, że prawie naturalnym krokiem każdego człowieka do uświadomienia sobie przynależności do kochającej się, ziemskiej rodziny jest upewnienie się, że należy się do kochającego Ojca Niebiańskiego i rodziny Bożej.

Starałbym się przeżywać Boga w rodzinie bardziej intymnie

Gdybym mógł rozpocząć życie rodzinne od nowa, starałbym się przeżywać Boga i odzwierciedlać Boży charakter w stosunku do dzieci bardziej intymnie. Mówiąc to mam na myśli, że starałbym się podobnie jak sam Chrystus wybierać rzeczy zwykłe i niezwykłe z codziennego dnia, aby uwidocznić przez nie Boga, którego mamy i któremu służymy.

Wyrażam to głębokie pragnienie przy końcu rozważań dlatego, że ono w jakiś sposób przenika moje poprzednie uwagi.

George Mc Donald pisał do swojej żony: „moja najdroższa, im bardziej miłuję Boga, tym bardziej miłuję Ciebie w sposób w jaki powinnaś być miłowana”. Ja zaś dodałbym do tego, że im więcej miłuję Boga, tym więcej miłuję każdego człowieka swojej rodziny i swego otoczenia w sposób, w jaki powinni być miłowani.

Nie tworzymy w pełni osobowości, jeśli mówimy i uznajemy tylko sprawy fizyczne, socjalne i intelektualne. Jesteśmy istotami duchowymi. Nasze życie związane jest z Bogiem wszelkiego stworzenia i On pragnie abyśmy byli jedno z Nim. Gdy polegamy i spoczywamy w Jego miłości i opiece, wtedy możemy iść w życie bez obawy i wnieść w nie odpowiedni do naszego powołania wkład. Przekazując dziecku charakter i wolę Bożą, starałbym się okazywać swoją wiarę przez cały dzień. Wykorzystałbym w tym celu nawet więcej niezaplanowane i przypadkowe wydarzenia, niż zaplanowane i ułożone. Kiedyś zapytano pewnego znanego pedagoga angielskiego, kierownika szkoły: „kiedy w waszym rozkładzie zajęć szkolnych uczycie dzieci religii?”, „uczymy jej cały dzień” odpowiedział nauczyciel. „Uczymy jej w matematyce przez jej ścisłość (dokładność), w języku angielskim przez zgodność naszych myśli ze słowami, w historii przez jej humanizm, w geografii przez jej szerokość, wielkość i rozum, robót ręcznych przez ich dokładność, astronomii przez jej szacunek i respekt, w grach sportowych przez ich „fair play”. Uczymy religii przez dobroć dla zwierząt, uprzejmość do usług, przez uczenie dobrych manier w stosunku do innych i przez uczciwość i szczerość we wszystkich innych rzeczach”.

W sytuacjach okazyjnych starałbym się dopasować do mentalności mojego dziecka. Szukałbym więcej okazji do przechadzek wzdłuż strumyka aby pozrywać trochę kwiatów mego Ojca i zobaczyć wielkiego Stwórcę w rzeczach małych i wielkich Jego stworzenia. Dzisiaj zdaję sobie sprawę z tego jak szybko dziecko potrafi odczuć piękno Bożego świata — zarówno naturalnego jak i duchowego. Znalazłbym więcej okazji do wybrania się z całą rodziną na wędrówkę ze śpiworem i leżąc obok siebie pod otwartym niebem, rozmawialibyśmy o gwiazdach, słuchalibyśmy odgłosów natury i szmerów niewidzialnych stworzeń.

Starałbym się pomagać mojemu dziecku aby myślało o Bogu w kategoriach miłości, pomocy, uprzejmości, współczucia, Bogu — Dawcy wszystkich dobrych rzeczy. Taki Bóg jest Bogiem Pisma Świętego. Niestety czasami bywa On odmalowany nawet przez rodziców jako straszne (mściwe) Bóstwo, które działa przeciwko nam…

Pewien czteroletni chłopiec bawił się ruchomymi lalkami należącymi do jego siostry. Jego matka leżała akurat w pobliżu oddając się tak zwanej popołudniowej drzemce. W pewnym momencie z przerażeniem usłyszała słowa swojego syna wypowiedziane w gniewnym tonie: „jestem Bogiem, a wy, dzieciaki, na kolana i odmawiajcie modlitwy!” (oczywiście lalki nie zareagowały) „jeśli nie uklękniecie i nie odmówicie modlitwy powalę was!” — zagroził malec. Za moment rozległo się głuche uderzenie i lalki upadły na podłogę. Czy dziecko będzie ufało i kochało Boga, który „powali cię, jeśli nie będziesz odmawiał modlitwy”?

Starałbym się każdego dnia opowiedzieć choćby krótką historię o Bożym kierownictwu w życiu. Nie starałbym się nawet odpowiedzieć na każde pytanie dotyczące wielkości i wiecznego charakteru Boga. Starałbym się raczej pozwalać dziecku żyć w zdumieniu, że są takie rzeczy wielkie, dotyczące Boga, że nawet najmądrzejsi ludzie ich nie poznali. Wiem teraz, że mówienie jedynie dziecku o Bogu i uczenie go prostej formuły modlitwy — jest mizerną namiastką prawdziwego prowadzenia go do poznania Boga.

Pamiętam małego chłopca, przerażonego burzą i błyskawicami, który krzyczał w nocy: „Tatusiu, chodź, boję się…”. „O, synku Bóg kocha ciebie i zaopiekuje się tobą” — odpowiedział ojciec. „Wiem, że Bóg mnie kocha i zaopiekuje się mną”, odpowiedział synek, „ale teraz chciałbym mieć przy sobie kogoś, kogo mogę dotknąć”. Gdybym miał zaczynać życie rodzinne od nowa, to chciałbym przede wszystkim być Bożą miłością w dotyku…

John Drescher

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz