Grzech w Kościele

Masz imię, że żyjesz, a jesteś umarły…

Walka na śmierć i życie

Chodzenie z Jezusem to nie komfortowa, wygodna podróż pełna wspaniałych widoków. Wielu chrześcijan nie zdaje sobie sprawy z tego, że znajdują się w samym środku bitwy, że chrześcijaństwo jest nieustającą walką na śmierć i życie. Jezus mówi, że przyszedł, aby dać życie obfite, a diabeł przychodzi, aby okradać i zabijać. Jak dramatyczna jest to walka czytamy w przypowieści o siewcy. W trzech na cztery rodzaje gleby diabłu udaje się okraść i zabić. Aby osiągnąć swój cel stosuje różne metody. Można stwierdzić na pewno, że ta czwarta, dobra gleba, przeszła przez procesy, jakich nie wytrzymały pozostałe: wykradanie ziarna, wypalanie słońcem i zarastanie chwastami. W tej walce przeżywają tylko jednostki najodporniejsze i najbardziej wrażliwe na głos Pana.

Ap. Paweł pisze, że ‚bój toczymy z władcami świata ciemności’ (Ef 6,12) i traktuje to jako coś rzeczywistego i stale obecnego w życiu chrześcijanina. Jest to realne zagrożenie i należy w związku z tym podjąć pewne kroki, ‚aby się ostać’. Także ap. Piotr ostrzega, że ‚diabeł chodzi jak lew ryczący i szuka kogo by pożreć’. Walka ta nie ominęła nawet Jezusa, którego diabeł chciał okraść z należnej Mu chwały proponując oddanie sobie czci. Tymczasem my chcemy nieraz przeżywać swoje chrześcijańskie życie w pełnym komforcie, bez stresów, lęków i, co gorsze, głębszych przemyśleń, szczególnie na własny temat.

Potop grzechu, jaki coraz intensywniej wylewa się na świat, sprawia, że zaczyna nam się wydawać, jakoby jego odrobina nie mogła narobić za wiele szkody w Kościele. Doszliśmy dziś do przekonania, że Kościół zna duszę człowieka lepiej niż sam Jezus. Podczas gdy Jezus i Jego uczniowie głosili bezkompromisowe przesłanie nawrócenia, my dziś delikatnie wspominamy słuchaczom, że są grzesznikami, że postępują nieładnie i Bogu się to nie podoba. Staramy się przy tym pocieszać ludzi, że Bóg jest dobry i chce nam błogosławić. To wszystko jest prawdą, ale nie tak do końca.

Ranienie – dobra wymówka

Jedną z ostatnio ‚odkrytych’ w Kościele nauk, która została rozdęta i wykrzywiona do absurdalnych rozmiarów, jest sprawa psychicznych zranień. Trzeba przyznać, że jest to wspaniałe narzędzie leczenia ludzi z ran zadanych im w przeszłości, rozwiązywania wielu ich problemów spowodowanych tym, że jako dzieci byli wychowywani w nie- chrześcijańskich rodzinach, gdzie często ich raniono i sprawiano im ból. Sądzę, że duszpasterze zawsze korzystali z tych możliwości leczenia wewnętrznych urazów bez jakiejś szczególnej teoretycznej podbudowy, ale obecnie zyskało to formę specjalnej nauki mocno uzasadnianej biblijnie i psychologicznie, przez co wydaje się być bardzo właściwe. Jednak istnieją poważne powody, by traktować to podejście jak zwodzenie. Dlaczego? Oto okazuje się, że nie można już bratu czy siostrze zwrócić uwagi, że grzeszy w tym czy owym, ani że się np. niewłaściwie zachowywał na nabożeństwie, bo zaraz poczuje się dotknięty, zraniony. Dochodzi nawet do tego, że kaznodzieja nie może za ostro głosić przeciw grzechowi, bo coraz częściej słuchacze mówią mu potem, że czują się zranieni i oskarżeni. Niektórzy wręcz twierdzą, że takie kazanie jest złe, przecież nie powinni po wysłuchaniu Bożego Słowa czuć się oskarżeni, ale raczej zachęceni.

Samozadowolenie – pośpieszny pociąg do piekła

Jezus nigdy nie uczył pobłażliwości dla grzechu. Paweł tępił grzech w Kościele i pouczał Tymoteusza: ‚Głoś Słowo, bądź w pogotowiu w każdy czas, dogodny czy niedogodny, karć, grom, napominaj z wszelką cierpliwością i pouczaniem’ (2Tm 4,2) ‚Tych, którzy grzeszą, strofuj wobec wszystkich, aby też inni się bali’ (1Tm 5,20).

A do innego swego młodego współpracownika pisał: ‚Świadectwo to jest prawdziwe, dla tej też przyczyny karć ich surowo, ażeby ozdrowieli w wierze’ (Tt 1,13).

Pomimo, że Słowo Boże zaleca nam, abyśmy się ‚przemieniali w duchu umysłu swojego’, często chrześcijanie nie lubią zmieniać poglądów, szczególnie gdyby się miało okazać, że to właśnie ich poglądy nie były prawidłowe. Nie jest to tylko właściwość chrześcijan. Znajomość historii pozwala nam zaobserwować, z jakim trudem naukowo możliwe do udowodnienia prawdy torowały sobie drogę do świadomości uczonych. Nieraz potrzeba było wielu lat. Obecnie, gdy każdy może posługiwać się Biblią niemal dowolnie, jest to jeszcze trudniejsze. Dlatego ktoś, kto dla własnej wygody absolutnie nie chce zmienić swojego sposobu myślenia, może całe życie trwać w fałszywym przekonaniu podpieranym wybranymi przez siebie wersetami Pisma Świętego.

Wewnętrzne przekonanie o grzechu pochodzi od Ducha Świętego. Ale zawsze trafiają się tacy, którym to przekonanie jest nie w smak i czują się dotknięci, podobnie jak wydarzyło się w obecności Jezusa: ‚Wtedy odezwał się do Niego jeden z uczonych w Prawie: Nauczycielu, tymi słowami nam też ubliżasz’ (Łuk 11,45 BT). W myśl obowiązujących dzi¶ w wielu miejscach zasad, Jezus powinien odpowiedzieć tak: ‚Przyjacielu, przepraszam, nie chciałem cię urazić i zranić. Wiem, że twój ojciec pił, matka cię biła, a siostra okradała z kieszonkowego, a nawet pierwsza twoja dziewczyna zostawiła cię dla twojego najbliższego przyjaciela. Jesteś już tak poraniony, że nie chcę nic do tego dodawać’.

To jest jednak wojna na śmierć i życie! Zdając sobie z tego sprawę, Jezus zareagował ostro i zgromił grzech w jego życiu, a nie rozczulał się nad trudami jego dzieciństwa. Na polu walki jest tak, że chcąc uratować czyjeś życie, czasem trzeba nożem kuchennym wyjąć kulę z ramienia kolegi lub brzeszczotem amputować mu nogę. Nie wolno się nam litować nad tymi, którzy popełniają grzech i trwają w nim, ponieważ od zranienia gorsza jest śmierć duchowa, która grozi każdemu, kto świadomie trwa w grzechu. Diabeł z pewnością nie będzie miał dla tych ludzi litości i nigdy nie osiągną oni zbawienia. Nowy testament uczy nas, abyśmy się nawzajem napominali. Jest to praktyka stopniowa zanikająca w naszych zborach.

Ktoś powiedział, że dzisiaj Kościół zajmuje się rozdawaniem światu kuksańców, zamiast wywracać go do góry nogami. Dlaczego tak jest? Bo sam ma niewłaściwe podejście do grzechu i pomniejsza jego rzeczywiste znaczenie. Jaki jest dziś stosunek wielu członków Kościoła do grzechu? Wydaje się, gdyby się dokładniej przyjrzeć naszemu myśleniu, zachowaniu i mówieniu o grzechu, że właściwie Jezus nie miał powodu za nas umierać. Doprowadza to nas do stanu, który obrazuje list do zboru w Sardes: ‚Masz imię, że żyjesz, a jesteś umarły. […] Lecz masz w Sardes KILKA OSÓB, które nie skalały swoich szat, więc chodzić będą ze mną w szatach białych, dlatego że są godni’ (Obj 3,1.4).

Tragedią dzisiejszego Kościoła jest taki właśnie stan zborów, które mogą liczyć tysiące członków, ale wśród nich tylko ‚kilka osób nie skalały swoich szat, więc chodzić będą z Jezusem w szatach białych, dlatego że są godne’. Czyż to nie do dzisiejszego Kościoła Jezus skierował przypowieść o ‚Królestwie Niebios podobnym do sieci, zapuszczonej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju, którą gdy była pełna, wyciągnęli na brzeg, a usiadłszy dobre wybrali do naczyń, z złe wyrzucili. Tak będzie przy końcu świata; wyjdą aniołowie i wyłączą złych spośród sprawiedliwych, i wrzucą ich w piec ognisty; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów’ (Mt 13,47-49). Czy w Kościele nie ma dziś złych sług czy głupich panien? Usypianie sumienia Kościoła jest najskuteczniejszym sposobem na wysłanie go do ognistego pieca.

Sprawdziany naszego stosunku do grzechu

Znowu spadł samolot z 229 pasażerami na pokładzie. Wszyscy zginęli. Nieraz jesteśmy świadkami rozmów o wydarzeniach, które poruszają ludzi (tornada, trzęsienia ziemi, klęski głodowe, powodzie itp.). Kiedyś z podobną wiadomością przybiegli do Jezusa przestraszeni uczniowie. ‚Odpowiadając, rzekł do nich: Czy myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż wszyscy inni Galilejczycy, że tak ucierpieli?’ (Łk 13,2). Kogo z nas stać dziś, aby w czasie dyskusji w pracy powiedzieć naszym przyjaciołom: Jeśli się nie nawrócicie do Boga, podobnie poginiecie, i to bez żadnej nadziei na wieczność.

Jakub pisze do chrześcijan: Gdy grzech dojrzeje, rodzi śmierć. Dlaczego? Bo grzech powoduje u chrześcijan duchowe zaślepienie, brak duchowego rozeznania. Widać to było w życiu kapłana Helego, który pod koniec życia nie umiał rozróżnić tego co duchowe, od tego co cielesne. Modlącą się w świątyni Annę, która wylewała swą zbolałą duszę przed Panem, uznał za pijaną (1Sm 1,14-15). Heli doskonale wiedział co robią jego synowie i jak na to patrzy Bóg, ale, jakże po dzisiejszemu, nie chciał zranić swoich synów. Jak często napominanie grzeszników w zborze dziś tak właśnie wygląda: ‚Nie tak, moi synowie, gdyż niedobra to wieść, którą słyszę…’ Grzechy dwóch sług Bożych i brak zdecydowanego stanowiska ze strony ich przełożonego spowodowały, ‚że ludzie lekceważyli składnie Panu ofiar’ (1Sm 2,17). Dziś wiemy, że ‚odrobina kwasu, cały zaczyn zakwasza’ (Ga 5,9).

A dlaczego jest tak mało rzeczywistej miłości do Boga? Kiedy nie mówi się ludziom o ich grzeszności, jeśli nie zdają sobie sprawy z tego, czym jest grzech, jeśli nie przychodzą z tym grzechem do Zbawiciela i nie doznają przebaczenia, to niewiele miłują Boga i ponownie wpadają w grzechy. Kiedyś zdumionemu faryzeuszowi Jezus wyjaśnił tę zależność na przykładzie pokutującej nierządnicy: ‚Odpuszczono jej liczne grzechy, bo bardzo miłowała. Komu zaś mało się odpuszcza, mało miłuje’ (Łk 7,42). Taki człowiek ma tyle do Boga miłości, jak to określił Mistrz Eckhart: ‚Niektórzy ludzie kochają Boga tak, jak się kocha krowę. Kochają ją z powodu mleka, które daje, sera, który można zrobić i wielu innych korzyści wynikających z posiadania krowy. Tak robią ci, którzy kochają Boga ze względu na siebie samych. Nie kochają Boga właściwie, lecz kochają własne korzyści’.

Dlaczego więc kaznodzieje unikają głoszenia o grzechu? Być może dlatego, że sami nie chcą o nim słyszeć! Wszyscy dobrze się czujemy, gdy nikt nam nie przeszkadza w spokojnym samozadowoleniu. Uważa się, że nie trzeba ranić ludzi, że z kazalnicy mają padać tylko słowa budujące. Jak więc mamy głosić o grzechu, co do którego sami nie bardzo mamy przekonanie, że jest istotnie taki groźny? Jak Duch Święty ma przekonać świat o grzechu, skoro tego przekonania nie podziela Jego Kościół? Dziś nawet przesłanie ewangelizacyjne jest bardziej przesycone tym, że Bóg kocha człowieka i ma dla każdego same dobre rzeczy, niż prawdą, że aby żyć, człowiek musi pokutować i się nawrócić.

Mowa o grzechu zawsze jest niemiła i twarda, człowiek cielesny nie lubi słuchać o tym, że coś robi źle. Spójrzmy, co pisał ap. Paweł do ukochanych Koryntczyków? ‚Zapowiedziałem poprzednio, gdy po raz drugi byłem u was, i zapowiadam obecnie, gdy jestem teraz u was nieobecny, tym, którzy ongiś popełnili grzech, i wszystkim pozostałym, że gdy przybędę ponownie, nie będę pobłażał. Skoro szukacie dowodu na to, że przeze mnie przemawia Chrystus […] Dlatego ponieważ jestem nieobecny u was, piszę to, abym za przybyciem moim do was nie musiał postąpić surowo na podstawie pełnomocnictwa, jakie Pan dał mi ku zbudowaniu, a nie ku burzeniu’ (2Kor 13,2.3.10). Ap. Paweł powiada, że brak pobłażliwości dla grzechu jest DOWODEM tego, że przez sługę Bożego przemawia Jezus. Jest to dowód nie znaków i cudów, lecz braku pobłażania dla grzechu. Letni Kościół zawsze się będzie oburzał na taką mowę.

Widzimy to w praktycznym działaniu apostoła, gdy publicznie upomniał Kefasa za dwulicowość. Dlaczego Paweł to zrobił? Bo zobaczył, że Piotr ‚nie postępuje zgodnie z prawdą ewangelii’ (Ga 2,14). Paweł doskonale wiedział, że ‚gniew Boży z nieba objawia się przeciwko WSZELKIEJ bezbożności i nieprawości ludzi, którzy przez nieprawość tłumią prawdę’ (Rz 1,18).

Napominać można też inaczej: ‚Bracia, jeśli człowiek zostanie przyłapany na jakimś upadku, wy, którzy macie Ducha, poprawiajcie takiego w duchu łagodności, bacząc każdy na siebie samego, abyś i ty nie był kuszony’ (Ga 6,1). Mamy być prowadzeni przez Ducha Świętego, a nie przez rutynę.


Jeżeli Kościół Chrystusa chce iść drogą wyznaczoną przez Pana, widzieć i słyszeć, co Pan do niego mówi, musi zdecydowanie rozprawiać się z grzechem pośród siebie. Kościół, do którego przedostaje się grzech, podobny jest do łodzi nabierającej wody. Im jest jej więcej, tym trudniej nią płynąć do przodu i sterować, ponieważ opory poprzeczne stają się tak duże, że często jest zupełnie niemożliwe wykonanie nawet niedużego skrętu na krótkim odcinku. W życiowym interesie każdego wierzącego jest tępienie grzechu w samym sobie i własnym zborze. Zawsze grozi nam to, że ktoś nadużyje wobec nas swojej pozycji czy głosu, ale z tego powodu nie należy rezygnować z napominania. Usypianie Kościoła odniesie znacznie gorszy skutek, bo tolerowanie grzechu zawsze kończy się duchową śmiercią.

Andrzej Bartoszek

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz