Karol Kajfosz urodził się dnia 21. 10. 1908 r. w Nieborach koło Trzyńca na Śląsku Cieszyńskim. Rodzicami Karola byli: Józef Kajfosz, tokarz w Hucie Trzynieckiej i Anna Kajfosz z domu Kubisz. Mieszkali oni we własnymi siłami wybudowanym skromnym domku w Nieborach pod nr 73. Urodził im się jako pierwszy syn Karol, potem córka Anna (później Bohucka z Puńcowa), syn Józef (zmarł w 4 roku życia) i córka Marta (później Pyszkowa z Nieborów; zmarła w Woli Piotrowej). Rodzice byli ewangelikami i należeli do działającej przy Kościele ewangelickim Społeczności Chrześcijańskiej. Józef Kajfosz wraz ze swoim bratem Janem jako jedni z pierwszych na tym obszarze zetknęli się z ruchem zielonoświątkowym. Na skutek niezrozumienia dla tego ruchu zostali oni ze Społeczności Chrześcijańskiej wraz z grupą innych osób w roku 1910 wykluczeni. Jeszcze w tym samym roku grupa 15 osób założyła „Związek dla Stanowczego Chrześcijaństwa”, pierwszą organizację zielonoświątkową na ziemiach polskich. Józef i Jan Kajfoszowie byli jej współzałożycielami.

Od tego czasu w ich domku w Nieborach odbywały się spotkania — „godziny biblijne” „stanowczych”. Do roku 1912 grupa wiernych zbudowała w przedłużeniu tego domku niewielką salkę zgromadzeń, której uroczyste otwarcie nastąpiło w czerwcu tegoż roku. Tak więc od swoich najwcześniejszych lat życia syn Karol z rodzeństwem wyrastali w atmosferze Słowa Bożego, uczestnicząc w spotkaniach biblijnych we własnym domu. Powstały zbór poświęcał wiele uwagi dzieciom, prowadząc dla nich regularne zajęcia w ramach „szkółki niedzielnej” oraz organizując wspólne wycieczki i inne rodzaje zajęć.

Dużo miejsca na tych zajęciach zajmowały śpiew i muzyka. W salce zborowej stała fisharmonia napędzana powietrzem, tłoczonym podczas gry przy pomocy pedałów, naciskanych nogami. Od wczesnych lat życia przyciągała ona Karola, który często, stojąc koło niej i pompując powietrze jedną nogą, próbował na niej grać. Zdolności muzyczne odziedziczył po ojcu Józefie, który, pełniąc służbę wojskową w armii austriackiej w Krakowie w latach 1902–1906, przez cały ten czas grał w garnizonowej orkiestrze dętej. Miała ona dużą renomę — o jej występach i koncertach informowała na bieżąco miejscowa prasa. Mały Karol miał więc od kogo dowiedzieć się, jak brać podstawowe akordy i jak odczytywać nuty w śpiewnikach niemieckich, które zawsze leżały na harmonii. Dzięki tym skąpym lekcjom nauczył się jednak grać na tyle, że w późniejszym życiu przez długie lata grywał na nabożeństwach prowadząc śpiew ogólny, a także prowadził chóry jako dyrygent. Opanował też dobrze grę na skrzypcach i korzystał z tej umiejętności przez całe życie.

W latach 1915–1920 Karol uczęszczał do miejscowej szkoły podstawowej. Był to dla rodziny trudny okres, ponieważ ojciec został powołany do wojska i trafił na front wschodni, a potem dostał się do niewoli rosyjskiej, gdzie przebywał aż do zakończenia wojny. W tym czasie zmarł, pod nieobecność ojca, młodszy brat Karola Józef. Po podziale Śląska Cieszyńskiego na część polską i czeską Karol w roku 1920 został przyjęty do Gimnazjum im. A. Osuchowskiego w Polskim Cieszynie, gdzie uczył się aż do roku 1928, w którym zdał egzamin maturalny. Karola pociągał zawód nauczyciela, jednak jego ojciec Józef marzył o karierze syna jako pastora. Należał on do tego odłamu „stanowczych”, który nie chciał zrywać z Kościołem ewangelickim, lecz uważał za słuszne działać w nim na rzecz jego duchowej odnowy. Do tej wizji pasował Karol jako naśladowca cenionych, ożywionych pastorów, takich jak Pindór czy Kulisz.

Józef i Anna Kajfoszowie z dziećmi Karolem, Anną i Martą (około roku 1920)

Ulegając pragnieniom ojca, Karol wyjechał do Warszawy na studia teologiczne. Nawiązał tam zaraz kontakt z miejscowym zborem, w którym posługiwał brat Stanisław Krakiewicz. Chociaż pobyt Karola w Warszawie trwał niedługo, wpisał się on w pamięć tamtejszego zboru na długie lata. Podczas wizyty brata Krakiewicza w Krakowie w roku 1973, kiedy odwiedził też rodzinę mieszkającego tam Józefa Kajfosza, syna Karola, okazało się, że dobrze pamięta on „tego studenta Karola Kajfosza z Zaolzia, grającego na harmonii”. Treść wykładów oraz atmosfera na uczelni i w Warszawie w ogóle mocno rozczarowały Karola. Wszystko to zupełnie nie przystawało do wzorca pobożności, w jakim wyrósł i do własnych przeżyć, jakie już wtedy miał. Nie widział też żadnej możliwości jakiegoś kompromisu, jakiegoś dopasowania samego siebie do tych nowych realiów. Jedynym możliwym rozwiązaniem, jakie znalazł, był szybki powrót do domu. Wysłuchawszy relacji syna, ojciec zrozumiał i pogodził się z takim obrotem sprawy. Zresztą inni wierzący już wcześniej odradzali Józefowi i Annie ten wybór zawodu dla syna.

Aby zrealizować swoje pragnienie zostania polskim nauczycielem na terenie Czechosłowacji, Karol musiał zdać uzupełniający egzamin maturalny w gimnazjum w Orłowej. W tym celu przygotowywał się przez pewien czas, przerabiając brakujący materiał, zwłaszcza język czeski oraz historię, literaturę i geografię Czech. Następnie zdał specjalny nauczycielski egzamin dojrzałości, a później jeszcze egzamin kwalifikacyjny w Seminarium Nauczycielskim w Śląskiej Ostrawie. Przy jednym z tych egzaminów miał miejsce zabawny epizod. Egzaminujący ze śpiewu podał Karolowi otwarty śpiewnik szkolny z nutami i kazał zaśpiewać wskazaną pieśń. Karol popatrzył chwilę na nuty, po czym zaśpiewał całą zwrotkę. „To niemożliwe”, powiedział egzaminator. „Ty to znasz!” „Nie, nie znam”, odpowiedział Karol. „To niemożliwe”. Otworzył inną pieśń. Karol znów zaśpiewał całą bez trudu. Kręcąc głową z niedowierzaniem, egzaminator wpisał do protokołu stopień celujący.

Od maja 1929 r. aż do wybuchu 2 wojny światowej Karol pracował jako nauczyciel w polskich szkołach podstawowych kolejno w Bystrzycy nad Olzą, Boconowicach, Pasiekach i Wędryni. Inspektorzy wysoko cenili jego pracę, szczególnie wśród najmłodszych dzieci i dlatego uczył on przeważnie pierwsze trzy klasy szkoły podstawowej. Jego pracę zawsze wysoko oceniali także rodzice dzieci, wyrażając niejednokrotnie swoją życzliwość i wdzięczność. Był też ogólnie lubiany i ceniony przez swoich kolegów, nauczycieli.

Jeszcze przed wyjazdem na studia do Warszawy Karol zaręczył się z Martą z domu Górniak, córką Józefa Górniaka i Emilii z domu Wojnar, gospodarzy dużego 3 ha sadu owocowego w Dolnym Żukowie nr 53. Przychodząc na nabożeństwa do Żukowa, przynosił Marteczce nazbierane po drodze kwiatki, które on sam bardzo lubił. Podobnie jak rodzice Karola, także rodzice Marty udostępnili swój dom na „godziny biblijne”, zbudowali salkę i gościli u siebie zbór „stanowczych”. Później miejsce to stało się siedzibą związku. Małżeństwo Karol i Marta zawarli w maju 1932 roku. Pierwsze dziecko Karola i Marty — syn Józef, przyszło na świat w lutym 1933 roku w Dolnym Żukowie, drugie — córka Zofia (później Śliwka, obecnie zamieszkała w Woli Piotrowej) urodziła się w Wędryni w kwietniu 1937 r.

Niezależnie od swojej pracy nauczyciela Karol przez długi czas, aż do wybuchu 2 wojny światowej brał czynny udział w życiu i działalności wspólnoty „stanowczych”. Ponieważ wspólnotę tę tworzyli przeważnie ludzie prości: hutnicy, górnicy i rolnicy, Karol wyróżniał się wśród nich lepszą znajomością języka polskiego. To sprawiało, że siłą rzeczy właśnie na niego spadały obowiązki takie jak korekty i prace redakcyjne, związane z wydawnictwami „stanowczych”. I chociaż nie figurował oficjalnie jako redaktor organu tego związku, miesięcznika „Głos Prawdy”, to faktycznie od pewnego czasu każdy publikowany tekst przechodził przez jego kontrolę. To samo dotyczyło także nielicznych pozycji książkowych, jakie wydali „stanowczy” w okresie międzywojennym. Miał też znaczący udział w opracowaniu wydania 3 „Śpiewnika pielgrzyma” z roku 1935.

Jeszcze jako panna, Marta pracowała przez pewien czas jako wolontariuszka w zakładach dla sierot i starców słowackiej pisarki Krystyny Royovej w miejscowości Stará Tura. Potem w narzeczeństwie oraz już jako małżonkowie, a nawet z dzieckiem, Kajfoszowie odwiedzali to miejsce kilkakrotnie. Zawiązała się długotrwała przyjaźń między nimi, a samą pisarką i jej siostrą, osobami z personelu tych zakładów oraz z wieloma znaczącymi postaciami tamtejszego środowiska ewangelicznego. Nazwiska takie jak Rafajová, Machajdík, Rosa, Roháček, Hlubocký, Chorvát i wiele innych były wspominane w rodzinie przez wiele lat. Kontakty te, zarówno osobiste, jak i listowe, przetrwały aż do lat siedemdziesiątych. Kilkakrotnie podróżowano potem w odwiedziny niektórych z tych osób do Bratysławy, a raz nawet daleko na wschód, poza Koszyce. Karol szczególnie rozkochał się w twórczości muzycznej sióstr Royových. Przez całe życie przy różnych okazjach wykonywał „koncertowo” szczególnie ulubiony utwór pt. „Cztery pory roku”. Przetłumaczył też na język polski kilka pieśni ze słowackiego śpiewnika „Piesne sionské”.

Burzliwe przemiany roku 1938 zastały Karola, Martę i dwójkę ich dzieci w Wędryni. Tam witali przejeżdżającego prezydenta Mościckiego, ministra Becka i marszałka Śmigłego-Rydza. Karolowi powierzono opiekę nad opustoszałym budynkiem szkoły czeskiej. Musiał rozpocząć porządki od pozbierania i powstawiania do półek w bibliotece książek, które czescy użytkownicy biblioteki powrzucali przez płot do ogródka szkoły. Karol z Martą, korzystając z okazji, wzięli udział w zbiorowej wycieczce nauczycieli nad Bałtyk. Była ona potem przedmiotem wspomnień przez wiele lat, a zakupione i przywiezione stamtąd pamiątki (np. piasek morski w pudełku oklejonym muszelkami) były przechowywane pieczołowicie. Z krótkiego okresu polskiej władzy na Zaolziu pochodziła też duża kolekcja oprawionych roczników czasopism szkolnych: „Płomyk”, „Płomyczek” i „Mały Płomyczek” z lat 30., które potem w czasie 2 wojny światowej pełniły doniosłą rolę, służąc jako cenny materiał w kształceniu Józia i Zosi.

Wybuch wojny zaskoczył rodzinę Karola Kajfosza u teściowej w Dolnym Żukowie, gdzie spędzała wakacje. Tutaj spędziła ona cały okres okupacji niemieckiej. Działania wojenne kampanii wrześniowej ograniczyły się tu do odgłosu kilku odległych strzałów karabinowych i widoku przez okno przechodzących leniwo przez sad kilkunastu starszych niemieckich żołnierzy, zapewne rezerwistów, trzymających niedbale karabiny. Nowe porządki szybko się jednak ujawniły. W niedługim czasie wstrząsnęła rodziną tragedia blisko zaprzyjaźnionej z nią rodziny Guńków z Polskiego Cieszyna. Najpierw ojciec, polski nauczyciel, a wkrótce potem jego syn, student, znaleźli się z dnia na dzień w obozie koncentracyjnym, gdzie po kilku tygodniach obaj zginęli.

Jeden z braci Józefa Górniaka, teścia Karola, był właścicielem cegielni w Sibicy, a inny założył duży folwark na Wołyniu. Dzieci tego ostatniego: Bogdan, Zofia i Helena, już jako nastolatki, przebywały często u Górniaków, gdzie przyjaźniły się ze swoją kuzynką Martą, a później i z Karolem. Zosia miała talent poetycki i opracowała teksty wielu pieśni, które wtedy śpiewali „stanowczy”. Po zajęciu wschodniej Polski przez Sowiety, wywieziono całą trójkę na Syberię. Ojca na łożu śmierci pozostawili u sąsiadów, gdzie wkrótce potem zmarł. Przed atakiem Niemców na Związek Sowiecki były z Syberią kontakty listowe. Z Żukowa wysyłano do nich nawet paczki, nie mając jednak pewności, czy je otrzymują. Wygnańcom, którzy pracowali jako robotnicy leśni, dokuczały w zimie siarczyste mrozy, a w lecie nieznośne upały wraz z plagą komarów. Szansą na ich wyzwolenie stała się powstająca armia Andersa. Wraz z nią udali się na Bliski Wschód, jednak Zofia zmarła w podróży na terenie Iranu. Helena była potem w obozie uchodźców w Ugandzie, podczas gdy Bogdan walczył na froncie. Po wojnie osiedli w Anglii, gdzie Bogdan ukończył studia i był inżynierem. Kontakty z nimi trwały aż do lat 80.

Kiedy Niemcy zorganizowali spis ludności, powstał problem tzw. Volkslisty. Przed pójściem na wezwanie do urzędu Karolowi udało się zdobyć druk, który należało podpisać. Przyniosła go potajemnie jedna z sąsiadek, którą Niemcy zatrudnili w cieszyńskim „Landracie”. Było w nim zdanie: „Ich habe mich stets, auch vor 1. September 1939, zum deutschen Volkstum bekannt” (Zawsze, także i przed 1 września 1939 r., przyznawałem się do narodowości niemieckiej). To przesądziło od razu, iż tzw. „trójka” jest nie do przyjęcia. Do Górniakowej przyjeżdżał jej daleki krewny, „wujek ze Skoczowa”, który przestudiował dzieła teoretyka faszyzmu Alfreda Rosenberga i będąc przerażony treścią tej ideologii usilnie nalegał na wszystkich, aby przyjęli Volkslistę. On sam ubiegał się nawet o „dwójkę” (która obejmowała rdzennych etnicznych Niemców). Karol prowadził z nim długie, ostre spory. Wujek argumentował, że trzeba ratować życie, a Karol, że trzeba postępować zgodnie z prawdą.

Odmowa przyjęcia Volkslisty wiązała się z wieloma zagrożeniami, ale chroniła przed powołaniem do wojska. Wójtem gminy Nieder Zuckau (Dolny Żuków) został właściciel dosyć dużego gospodarstwa rolnego Mrowiec, mieszkający nieopodal. Nachodzili go i dręczyli gestapowcy, domagając się, by sporządził listę elementów podejrzanych, które należy zlikwidować, wysyłając je do obozów koncentracyjnych. W pierwszym rzędzie chodziło oczywiście o polską inteligencję. Wójt uporczywie odmawiał, twierdząc, że w jego gminie takich osób nie ma, ale naciski na niego nasilały się. Doszło do tego, że wójt wysłał do Kajfoszów służącą, aby przestrzec, że w każdej chwili mogą przyjść po Karola. Karol mógł z tego skorzystać i opuścić dom, na co chyba Mrowiec liczył, ale zamiast tego zebrał rodzinę, przedstawił powagę sytuacji i w związku z możliwym rozstaniem, być może na zawsze, powierzył matce pod opiekę dzieci, a dzieciom matkę, po czym wspólnie w modlitwie powierzyli się wszyscy pod opiekę Najwyższego. Dzień upłynął na oczekiwaniu, ale nic się nie stało. Mrowca ani tym razem hitlerowcom nie udało się złamać.

Przy pomocy pewnej osoby wierzącej Karol znalazł pracę jako stróż nocny w lokalnej firmie ochroniarskiej „Wach- und Schließgesellschaft” dzięki temu, że była ona prowadzona przez miejscowych ludzi. Początkowo dojeżdżał do Karwiny, gdzie pilnował niektórych ważnych obiektów takich jak zamek potentata węglowego hrabiego Larysza, budynek dyrekcji zagłębia węglowego i innych. Nosił granatowy mundur i fałszywy pistolet, tzw. „straszak” oraz policyjną latarkę z kolorowymi światłami. U ludzi obcych budziło to nawet duży respekt. Później przez dłuższy czas miejscem jego pracy jako stróża były magazyny z żywnością firmy Hermann Faber przy ulicy Jabłonkowskiej w Czeskim Cieszynie. Tutaj co godzina musiał odnotowywać swoją obecność dziurkując kartę na specjalnym zegarze. Niestety, tę przyjazną firmę ochroniarską po jakimś czasie zlikwidowano, wcielając ją do czysto niemieckiej „Wach- und Schutzdienst”. Kiedy wykryto, że to Polak, zwolniono Karola natychmiast.

Udało mu się wtedy dostać pracę w magazynach, których dotąd pilnował. Jego uczciwość nie była na rękę innym robotnikom, gdyż nie pozwalał na żadne przekręty. Dlatego nakłamali coś szefowi, na skutek czego Karola przeniesiono do pracy konwojenta. Rozwoził żywność do sklepów. Najtrudniejsze okazało się noszenie na plecach 100 kg worków, do czego nie był przyzwyczajony i co wymagało ogromnego wysiłku. Jeszcze cięższe, bo ważące 110 kg były worki z ryżem, a trzeba je było nosić samemu, często nawet po schodach w górę lub w dół. Nie byłby w stanie tego długo wytrzymać, toteż modlono się o jakieś rozwiązanie tej sytuacji. Wysłano Józia z koszykiem truskawek do szefa, który mieszkał tuż koło magazynów i nazywał się Jezischek (czy raczej Ježíšek). Nie było to połączone z żadną prośbą, ale poskutkowało. Karol powrócił do pracy w samym magazynie, gdzie polegała ona na rozładowywaniu wagonów kolejowych i załadowywaniu ciężarówek, co było już znośne dzięki istniejącej elementarnej mechanizacji. Worki przewożono na „rudlach”, a między piętrami kursowała winda. Zdarzyło się nawet, że szef podsunął Karolowi pudełko cukierków czekoladowych, które były wtedy nieosiągalnym rarytasem. W pracy tej pozostał Karol aż do czasu, kiedy z powodu zbliżającego się frontu wszystko ulegało dezorganizacji. Zatrudnił go wtedy szwagier Jursa do pracy na roli. Przez całą wiosnę 1945 roku wywoził w pole obornik.

Rodzina Kajfoszów odwiedzała czasem krewnych, wędrując pieszo do Nieborów, Puńcowa lub Gutów — do dziadków Kajfoszów, wujków Bohuckich lub do rodziny Pyszków. Kiedy Bohuckich wywieziono na roboty do Niemiec, ich dzieci znalazły się u dziadków w Nieborach. Przez dom Górniakowej przewijało się ciągle wiele gości, braci i sióstr we wierze. Niektóre pozostawały przez dłuższy czas. Do takich należała „siostrzyczka Brzeżkowa”, była opiekunka w sierocińcach Matki Ewy w Miechowicach, „Zuzanka” Wawroszowa, rodzona siostra śląskiego humorysty Adama Wawrosza, który pisał śląską gwarą, była pracownica w zakładach Krystyny Royovej w Starej Turze i diakonisa w zakładach opieki społecznej w Ligotce Kameralnej, „Gustla” Gröblówna, która podczas 1 wojny światowej przeżyła oblężenie Twierdzy Przemyśl, a potem przez wiele lat była instrumentariuszką w szpitalu w Polskim Cieszynie, i wiele innych. Były też pomoce domowe: „Marynka”, „Hanka” Pomykaczówna, „Relka” Przybyłówna, „Zosia” Rusnokówna, „Mańka” Kaletówna i inne. Bywali też chłopcy do pasienia krów, między innymi Jędruś Jursa i Janek Kotas, dopóki czynności tej nie przejął podrastający Józio. W odwiedziny przyjeżdżały też rodziny dzieci Górniakowej — Kupków z Cieszyna, którzy przyjeżdżali zawsze konną bryczką, Jursów z Sibicy, oraz synowie Górniaków: Jędruś i Janek. Jursowie mieli pięciu synów i jedną córkę, Kupkowie pięciu synów i dwie córki. Wszyscy ci synowie oprócz najmłodszych znaleźli się na froncie, niektórzy na wschodzie, inni aż w północnej Afryce. Nie wszyscy niestety wrócili — każda z tych rodzin straciła w czasie wojny jednego syna.

Jeszcze przed wojną Górniakowie zaopiekowali się chłopcem z pewnej rodziny, która była w trudnej sytuacji. Ich staraniem Janek Kulig wyszkolił się w zawodzie stolarza w warsztacie stolarskim wierzącego majstra Żwaka. Z wdzięczności za to jako prezent ślubny zrobił on dla Karola i Marty zestaw mebli. Później Kuligowie mieszkali przez kilka lat w domku w Żukowie-Szadowach, który był własnością Górniaków. Józef Górniak, teść Karola, zmarł w sierpniu 1939 r., na krótko przed wybuchem wojny. Podczas wojny kilka rodzin wierzących zostało wywiezionych na roboty do Niemiec. Z domu w Żukowie wysyłano listy i paczki szczególnie do rodzin Bohuckich, Żwaków i Kobieluszów. Janek Żwak z Suchej Górnej był bliskim przyjacielem Karola Kajfosza przez całe życie. Później zawsze okazywał jeszcze swoją szczególną sympatię synowi Karola Józefowi. Mówił, że zastępuje mu Karola.

Choć w salce zborowej u teściowej nie było w czasie okupacji żadnych nabożeństw, w domu codziennie miało miejsce wspólne śpiewanie pieśni, czytanie Pisma Świętego i modlitwa na kolanach, w czasie której wszyscy domownicy wraz z dziećmi i osobami przebywającymi w domu czasowo modlili się po kolei na głos własnymi słowami. Bywały też nieraz długie, nawet dwugodzinne „koncerty”, podczas których śpiewano pieśni duchowe przy akompaniamencie Karola na harmonii lub skrzypcach. Szczególnie lubiane były te, które nazywano „Heimatlieder” (Pieśni o domu ojczystym), mówiące o niebiańskiej ojczyźnie. Karol prowadził też regularne lekcje szkolne dla swojego syna Józefa, uzupełniając w ten sposób jego edukację w podstawowej szkole niemieckiej. Prócz tego, zastępując nieżyjącego już gospodarza, włączał się do różnych zajęć gospodarskich, zwłaszcza do obierania owoców z drzew, koszenia traw i zbóż, zwożenia i młócenia zboża, deptania kapusty i wielu innych.

Domownicy utrzymywali się przeważnie z własnych zasobów. Świeże owoce w specjalnej piwnicy utrzymywały się aż do wiosny. Dużo owoców suszono także w specjalnym piecu. W beczkach kiszono ogórki i kapustę. Robiono też wiele przetworów: kompotów, soków i marmolad. Z mleka produkowano na własne potrzeby masło i twaróg. W domu był duży piec piekarski, w którym wypiekano jednorazowo sześć okrągłych razowych chlebów o średnicy 50–60 cm. Z własnego uboju pochodziło mięso wędzone, słonina i smalec. Z buraków cukrowych robiono melasę, która zastępowała cukier. Z tłuszczu wołowego i ługu produkowano nawet mydło. Z wełny owczej robiono na drutach swetry, szale, rękawice i skarpety.

Dużych emocji dostarczały swoiste polowania na bażanty i zające. Przychodziły one często na grządki warzywne, dobrze widoczne z okien mieszkania. Gdy się zjawiały, sprawni fizycznie domownicy, a wśród nich także Karol, wybiegali szybko, a reszta obserwowała te łowy przez okna. Złapanie bażanta lub nawet zająca było możliwe, jeśli udało się zapędzić go w żywopłot z siatką. Niestety, ptaki częściej wybierały ewakuację drogą powietrzną: zrywały się i przelatywały wysoko nad żywopłotem. Wtedy łowcy byli bez żadnych szans i wracali z pustymi rękami. Za to nagrodą za udane łowy była niezapomniana uczta z dziczyzny przyrządzonej na śmietanie.

Karol lubił studiować mapy, przewodniki turystyczne, rozkłady jazdy i inne materiały, związane z podróżowaniem. Ponieważ Śląsk Cieszyński włączono do Rzeszy, można było poruszać się po całych Niemczech. Cieszyn miał bezpośrednie połączenie kolejowe z Berlinem. Kajfoszowie znali język niemiecki, a w Berlinie mieszkał od dawna daleki krewny Górniaków Franz Wawreczka, który ożenił się z Niemką, a był kelnerem. Do Berlina więc wybrała się Marta Kajfoszowa ze swoją siostrzenicą Anią Kupkówną z Cieszyna. Przez kilka dni gościły u „Francka”, zwiedzając pamiątki historyczne i inne ciekawe miejsca. W tym czasie nie było jeszcze nalotów. Były zaszokowane, kiedy dowiedziały się, że Francek zna Hitlera osobiście i mówi o nim „Adolf”, bo leżał kiedyś razem z nim przez kilka dni w jednym pokoju w szpitalu. Było to w czasie, gdy jeszcze Hitler nie był nikim. Po pewnym czasie do Berlina pojechał także Karol. Teraz on zadziwił Francka, bo okazało się, że z przewodników turystycznych zna Berlin lepiej od niego. Wiedział o wielu ciekawych miejscach, o których Francek nigdy nie słyszał. Później zarówno Francek jak i jego rodzina też byli z wizytą w Żukowie u Górniakowej i Kajfoszów. Innym razem Karol z Martą wybrali się na kilkudniową wycieczkę do Breslau i kilku innych miejscowości. Między innymi zwiedzili jezioro w miejscowości Ottmachau. Nie wiedzieli wtedy, że stąpają po powojennych Ziemiach Odzyskanych i że zwiedzają Wrocław i Otmuchów koło Nysy.

W czasie wojny znalazł się w niebezpieczeństwie utraty życia Józef, ojciec Karola. Pracował w hucie trzynieckiej, gdzie zatrudniano także jeńców rosyjskich, serbskich i innych. Józefa przyłapano na tym, że przynosi jeńcom jedzenie. Groziła za to kara śmierci. Wszyscy krewni gorąco modlili się, kiedy dziadek Józef miał stanąć przed sądem. Na rozprawie zaczął on z zadziwiającym spokojem tłumaczyć, że skoro jeńcy mają pracować, to trzeba ich dobrze żywić, bo inaczej nie będzie z nich żadnego pożytku. Powiedział też, że będąc w niewoli rosyjskiej miał się bardzo dobrze i jedzenia miał w bród. Skoro teraz ma taką możliwość, nie może zmarnować okazji, aby się za to Rosjanom odwdzięczyć. Te słowa i spokojne zachowanie dziadka tak rażąco kontrastowały z ogólnie panującą wtedy atmosferą nienawiści, udawania i strachu, że sędziowie wypuścili dziadka, uznawszy go za wariata. Modlitwy krewnych zostały cudownie wysłuchane.

Pod koniec wojny nauczycielka Józefa, Charlotte Tinhofer, Austriaczka z Wiednia, zwróciła się do Karola i Marty z zapytaniem, czy mogłaby u nich zamieszkać. Dochodzenie pieszo z Cieszyna było wtedy trudne ze względu na częste alarmy lotnicze. Babcia zgodziła się i ta nauczycielka zamieszkała na pewien czas u Polaków, mimo że mogła wybrać spośród wielu innych, którzy udawali Niemców. Kiedy w kwietniu 1945 r. miała wyjechać i pożegnała się, babcia Górniakowa nie mogła w nocy spać, gdyż martwiło ją, że nauczycielka nie ma żywności na drogę. Dlatego wstała i upiekła kołacz. Marta zaniosła go nauczycielce wczesnym rankiem, zanim jeszcze wyszła do pociągu. „Ależ to złota babcia!” — zawołała zaskoczona nauczycielka. Przyjaźń z nią przetrwała wojnę. Jeszcze długo potem utrzymywano z nią kontakt listowy. Później wyszła za mąż i nazywała się Ramharter.

O działaniach wojennych docierały tylko wieści. Na żywo było można je zobaczyć dopiero pod sam koniec wojny. Zwłaszcza utkwił w pamięci przelot dużych formacji po kilkadziesiąt bombowców, wracających do Włoch w sierpniu 1944 r. po zrzutach zaopatrzenia dla powstańczej Warszawy. W Nieborach, około 100 m od domu dziadków spadła na drogę duża bomba lotnicza, tworząc ogromny lej, ale nikt nie ucierpiał; poleciały tylko szyby. Od stycznia 1945 r. dochodziły dudniące odgłosy ostrzału artyleryjskiego z okolic Pruchnej i Strumienia, a w marcu i kwietniu można już było widzieć na drodze Frydeckiej ciągnące na zachód żałosne resztki niemieckiej armii. W Żukowie ustawiono baterię przeciwlotniczą, ale chyba wcale z niej nie skorzystano. U sąsiadów pojawiła się rodzina uchodźców z okolicy Pruchnej. W kwietniu w gospodarstwie babci ulokowano około dwudziestu żołnierzy niemieckich i włoskich. Wyjechali końcem kwietnia.

Wyzwolenie w dniu 3 maja nastąpiło także bez wystrzału. W godzinach rannych usłyszano tylko odgłosy jakiegoś stukania od strony Olzy. Przypuszczano, że Rosjanie budują most drewniany po wysadzonym przez Niemców i tak rzeczywiście było. Około południa przeszło koło ogrodu kilku Rosjan. Potem przez kilka dni stacjonowali w okolicznych domach, pijąc wódkę i napastując kobiety, ale nikt z bliskich nie ucierpiał. Niedaleko Kajfoszów mieszkał kolega Karola, nauczyciel Dofek. W pierwszym dniu po wyzwoleniu Karol wybrał się do niego, aby naradzić się z nim, co teraz mają robić. Kiedy zapytał o niego, dowiedział się od jego bliskich, że on nie żyje. Na tę wieść Karolowi pociemniało w oczach, zatoczył się i byłby upadł, gdyby go nie podtrzymano. Okazało się, że Niemcy tuż przed swoją ucieczką wywlekli Dofka z domu i zastrzelili, ponieważ rzekomo ktoś do nich stamtąd strzelał. Incydent ten przypomina, że chociaż życie u babci w czasie wojny wyglądało jak sielanka, to jednak zagrożenia były całkiem realne aż do ostatniej chwili i tylko Boża ochrona pozwoliła przetrwać ten trudny okres bez szwanku.

Po wyzwoleniu wznowił działalność zbór „stanowczych” w domu teściowej. Karol objął funkcję organisty oraz kierownika chóru. Wykonywał te czynności przez wiele lat. Uczestniczył też w radach braci starszych, przeważnie jako protokolant oraz redaktor różnych pism i dokumentów. W gimnazjum opanował on stenografię systemu Gabelsbergera- Polińskiego, którą biegle się posługiwał. Pozwalało mu to utrwalać na piśmie dosłowną treść usługi słowem i dyskusji na naradach braterskich. Robił to przez wiele lat, nie tylko w zborze w Żukowie, lecz także na różnych zjazdach, konferencjach, między innymi na ważnej konferencji ogólnopolskiej w Wiśle-Malince w roku 1947, na międzyzborowych naradach braterskich, podczas kontaktów „stanowczych” ze Społecznością Chrześcijańską i z władzami Kościoła Ewangelickiego, na „rocznicach” w zborach w Gródku i Suchej i przy wielu innych okazjach. Kiedy syn Karola i Marty Józef znalazł się poza domem, najpierw na studiach w Brnie, a później na etacie w Pradze, ojciec Karol przysyłał mu regularnie obszerne, wielostronicowe teksty z nabożeństw zborowych, które przepisywał na maszynie ze sporządzonych przez siebie stenogramów. Do dziś istnieje spora liczba zeszytów, zapisanych przez Karola stenografią. Szkoda tylko, że bardzo trudno znaleźć kogoś, kto potrafi je czytać.

Po wyzwoleniu Karol wrócił do pracy w szkolnictwie. Na prośbę przedstawicieli gminy został kierownikiem miejscowej polskiej szkoły podstawowej w Dolnym Żukowie. Z racji tej funkcji był także członkiem lokalnych władz — miejscowego Národního výboru (Rady Narodowej). Jej przewodniczącym był teraz przedwojenny jeszcze komunista Trombik, z zawodu górnik, mieszkający w malutkim domku. Na ogół stosunki w gminie układały się dobrze, zdarzały się tylko pewne tarcia miejscowej ludności z kierownikiem szkoły czeskiej. Mimo jego oporów Karolowi udało się zaprosić go na nabożeństwo z okazji świąt Bożego Narodzenia. Obserwował wszystko dosyć sztywno aż do momentu, kiedy tercet żeński zaśpiewał specjalnie przygotowaną na tę okazję pieśń w języku czeskim: „Mne Ježíš miluje” (Mój Jezus kocha mnie). Był tym wyraźnie wzruszony.

W czasie okupacji zginęło 24 mieszkańców Dolnego Żukowa. Po wyzwoleniu skazano na karę śmierci największego kolaboranta i donosiciela Wandrola, natomiast kilku innych mieszkańców odsiadywało wyroki za kolaborację. Był wśród nich niejaki Zmuda, którego żona z dziećmi miała kontakty ze zborem. Marta nalegała na Karola, aby wstawił się za nim w Radzie Narodowej. Było to ryzykowne, gdyż mogło zostać odebrane jako przejaw sympatii z kolaborantami. Karol jednak zdecydował się na złożenie wniosku w tej sprawie, uzasadniając go trudną sytuacją żony i interesem dzieci. Trombik przychylił się do tego wniosku, toteż zwrócono się do władz z propozycją przejęcia przez gminę odpowiedzialności za dalszą resocjalizację skazanego. Dzięki temu Zmuda wyszedł na wolność. Później cała ta rodzina była wierząca i uczestniczyła w życiu zborowym.

W roku 1946 Karol z rodziną zamieszkali w zbudowanym jeszcze przed wojną staraniem Józefa Górniaka domku w Dolnym Żukowie–Szadowach pod nr 36. Do domku przylegał niewielki sad oraz niespełna hektar pola uprawnego. Był też budynek gospodarski mieszczący stodołę i oborę. Były więc kury, czasem także gęsi, jeden lub dwa prosiaki i krowa. Kajfoszowie zostali więc pedo-rolnikami. Obowiązkowo do skupu dostarczali jajka i mleko. W tym domku przez szereg lat odbywały się regularne cotygodniowe próby zborowego chóru mieszanego, na które chórzyści przychodzili pieszo lub zajeżdżali rowerami i motocyklami. Te stojące na podwórzu środki transportu zwróciły uwagę kogoś nieżyczliwego, a ten zainterweniował we władzach. Karol otrzymał potem urzędowe pismo, że nauczanie o charakterze religijnym może odbywać się tylko w miejscach do tego przeznaczonych. Odtąd próby chóru musiały odbywać się już wyłącznie w zborowej salce koło domu teściowej.

Karol i Marta Kajfoszowie z dziećmi Józefem i Zofią (około roku 1950)

Działalność Karola jako dyrygenta nie ograniczała się do miejscowego zboru. W ramach swojej pracy nauczycielskiej prowadził on także w różnych okresach czasu chóry polskich stowarzyszeń kulturalnych. Dyrygował także wielokrotnie połączonymi chórami zborów „stanowczych”, czy to na wspólnych imprezach i rocznicach zborowych, czy to na uroczystościach pogrzebowych, czy to na wyjazdach na różne konferencje i zjazdy. Zwłaszcza należy wymienić udział połączonych chórów na kilku zjazdach w mieście Zlín na przełomie lat 40. i 50., udział w konferencji organizacji „Kostnická jednota” w Brnie w latach 50. oraz udział w uroczystościach z okazji 500-lecia Jednoty Braterskiej w Pradze. W późniejszych latach utarł się zwyczaj organizowania „Wieczorów pieśni”. Przygotowanie do nich wymagało szczególnie wiele czasu, pracy i wysiłku.

Karol Kajfosz przez pełnych 12 lat (od 1946 do 1958) uczestniczył w pracach nad nowym wydaniem Śpiewnika pielgrzyma. Największym entuzjastą tej pracy był Jan Glajcar, jednak na Karolu spoczywała odpowiedzialność za szatę językową opracowywanych tekstów. On także prowadził pisemną agendę całego tego przedsięwzięcia. Bardziej szczegółowy jego opis znajduje się gdzie indziej (Józef Kajfosz: „Śpiewnik pielgrzyma” — w internecie na stronie www.docelu.jezus.pl ). W latach 50. zawiązała się także współpraca na polu wydawniczym między Karolem Kajfoszem, a Józefem Prowerem, przygotowującym do druku pozycje książkowe, które potem miały zostać wydane przez Zjednoczony Kościół Ewangeliczny. Przyjeżdżał on z Bielska-Białej do Żukowa, przywożąc Karolowi do korekty przygotowane przez siebie teksty. Między innymi dotarł do Kajfoszów tekst przygotowywanej książki pt. „Strumienie na pustyni” z rozważaniami biblijnymi na każdy dzień roku. Kiedy Marta zapoznała się z częścią tekstu, wykrzyknęła: „Ludzie, cóż to będziemy przeżywać, że Pan Bóg przygotowuje dla nas taką literaturę?!” Książka mówi bowiem wiele o cierpieniach.

Około połowy lat 50. Karol zachorował na wrzody jelita grubego. Nie skarżył się zbytnio, domownicy obserwowali jednak z niepokojem nasilające się krwawienie, widoczne w ubikacji bez spłuczki wodnej. Leczenie farmakologiczne było nieskuteczne, a Karol nie chciał poddać się operacji, którą lekarze uznali za konieczną. W tym czasie w zborze żukowskim gościł kaznodzieja Kościoła Braterskiego (wówczas Jednoty Czeskobraterskiej) Ondráček. Odwiedził także rodzinę Kajfoszów i gdy rozmowa zeszła na stan zdrowia Karola, polecał jakąś kurację ziołową. Tego samego dnia wieczorem było nabożeństwo, na którym brat Ondráček usługiwał Słowem Bożym. Przed modlitwą wspomniał o chorobie brata, którego odwiedził w ciągu dnia i zaproponował zebranym modlitwę o jego uzdrowienie. Karola nie było na tym nabożeństwie i nie wiedział on o tej modlitwie, ale w ciągu nocy odczuł poprawę. W krótkim czasie krwawienie ustąpiło i choroba już nie wróciła.

Kłopoty Karola z władzami szkolnymi zaczęły się od pewnej wizyty inspektora polskiego na jego lekcji. W czasie lekcji pewien uczeń powiedział coś o potopie, a nauczyciel tego nie sprostował ani ucznia nie skarcił. Po lekcji, kiedy inspektor zarzucił to nauczycielowi, ten przyznał się otwarcie do swojej wiary. Gdy inspektor zaczął perswadować mu, że wiara to zabobon, Karol opowiedział mu o swoim niedawnym uzdrowieniu z choroby. Niedługo potem na powiatowym aktywie nauczycielskim inspektor czeski w obecności kilkuset osób wygłosił płomienne przemówienie antyreligijne, w którym ostro napiętnował utrzymujące się w powiecie zabobony. Jako szokujący, skandaliczny przykład podał przypadek Karola Kajfosza, wymieniając go po nazwisku. Powtórzył jego świadectwo, wyszydzając je i wyrażając zdumienie i oburzenie, że istnieją jeszcze tacy ciemniacy, i to w dodatku w szkolnictwie, którzy wierzą w uzdrowienie przez modlitwę. Po zakończeniu zebrania Karola obstąpił tłum kolegów, chcących dowiedzieć się szczegółów. Miał wtedy okazję potwierdzić prawdziwość tego, o czym mówił inspektor. Od tego czasu nie był już kierownikiem szkoły i kilkakrotnie przenoszono go do różnych szkół, między innymi w Końskiej, Wędryni, Wielopolu. Chodząc do szkoły przez las, mówił, że śpiewa razem z ptaszkami. Lubił wtedy śpiewać szczególnie świeżo przetłumaczoną z niemieckiego pieśń „Gdy droga zbyt trudną wydaje ci się”.

W roku 1958 wszczęto w szkolnictwie na Zaolziu ostrą czystkę antyreligijną. Jej inicjatorem i najgorliwszym realizatorem był ówczesny inspektor szkolny o biblijnym nazwisku Daniel. Nauczyciele byli wzywani na „prověrky” (weryfikacje), gdzie wypytywano ich wprost o ich stosunek do wiary w Boga. Cały szereg nauczycieli usunięto ze szkolnictwa, wśród nich także Karola Kajfosza. Odwołania do różnych instancji aż po ministerstwo szkolnictwa miały tylko ten skutek, że pierwotny powód zwolnienia: „niedostateczne wypełnianie obowiązków” zmieniono na „potrzeba bardziej racjonalnego rozmieszczenia kadr”. Ostatecznie z pracy usunięto go końcem września 1958 r., kiedy kończył 50. rok życia. Te szykany znosił Karol dzielnie, bez narzekań i skarg, pewne jego wypowiedzi świadczyły jednak o tym, jak bardzo przy tym cierpiał. Powiedział kiedyś, że gdy przechodzi przypadkiem wokół szkoły i słyszy stamtąd gwar dziecięcych głosów, to myśli, że mu pęknie serce.

Zwolnieni nauczyciele mogli ubiegać się tylko o pracę fizyczną. Karola zatrudniono w Elektrowni IX Zjazdu KPCz w Karwinie. Pracował w charakterze zwrotnicowego na zakładowej bocznicy kolejowej. Przedtem musiał zdać egzamin z przepisów kolejowych. Pracował na 3 zmiany, także w niedziele, dojeżdżając codziennie autobusami 23 km w jedną i tyleż w drugą stronę. W sumie spędzał poza domem pełnych 12 godzin na dobę. Praca była wyczerpująca pod względem fizycznym i psychicznym. Wynagrodzenie było niższe niż w szkolnictwie. Mimo to Karol wytrwał tam przez niemal sześć lat. Tracił jednak siły i stopniowo podupadał na zdrowiu. Miał też wypadek. W marcu 1964 r. poważnie zachorował, a w lipcu przeniesiono go na rentę inwalidzką. Od tego czasu nie odzyskał już pierwotnej sprawności. Gdy w roku 1967 odwiedził po raz ostatni rodzinę syna Józefa w miejscowości Řež koło Pragi, poruszał się już z trudem i mógł chodzić tylko na krótkie spacery.

Kiedy w latach 60. sytuacja zborów byłych „stanowczych” bardzo się skomplikowała, Karol mimo pogarszającego się stanu zdrowia nadal pełnił swoje obowiązki w zborze i wśród braci. Uczestniczył w przygotowywaniu statutu i innych dokumentów potrzebnych do uzyskania samodzielnej rejestracji, a także w obszernej korespondencji z władzami różnego szczebla. Gdy ośmiu braci znalazło się w więzieniu, Karol był wszędzie, gdzie można było udzielić im jakiejś pomocy lub zachęty. Uczestniczył osobiście w rozprawach sądowych pierwszej i drugiej instancji, gdzie stenografował ich przebieg, pomagał ich rodzinom sporządzać odwołania, kontaktował się z prawnikiem dr Palą w tych sprawach. Gdy potem pojedynczo wychodzili z więzienia, starał się jak najprędzej ich zobaczyć i powitać.

Karol przez całe życie bardzo lubił przyrodę. Jako początkujący nauczyciel jeździł trochę na nartach, brał nawet udział w jakichś zbiorowych zawodach narciarskich. Kupił też narty swojemu synowi. Nieraz zabierał rodzinę na jednodniowe wycieczki w Beskidy, podczas których wychodzili na Jaworowy, Ostry, Hadaszczok, Girową, Ropiczkę, Biały Krzyż, Kozubową, Skałkę, Połom, Stożek lub Czantorię. Często bywali u spokrewnionej rodziny Józefa Brózdy w Tyrze (matka Karola była siostrą Brózdowej), skąd robili wypady na grzyby lub na borówki (jagody), albo na Łączkę — górską polanę w masywie Jaworowego, która była własnością Brózdów i gdzie można było przespać noc w szałasie na sianie. Kiedyś z synem pojechali do słowackiej Oščadnicy i stamtąd wyszli na Raczę. Zwiedzali też góry po stronie polskiej, Równicę, Baranią i inne. Kilkakrotnie rodzina w towarzystwie innych jeszcze osób była na wycieczce w Tatrach, w jaskiniach Demianowskich i w Macosze na Morawach. Trasy i wszelkie ciekawe miejsca po drodze miał Karol świetnie opanowane z literatury turystycznej. W tym sensie „znał” także wiele miejsc, w których nigdy nie był. Jeszcze pod koniec lat 40. z inicjatywy Karola nastąpił wyjazd sporej grupy osób na wystawę do miasta Kroměříž na Morawach. Krótko po wojnie na zaproszenie warszawskiego zboru Kajfoszowie uczestniczyli w wycieczce dużej grupy „stanowczych” do Warszawy. Była ona wtedy w ruinach i jej widok wywarł na zwiedzających wstrząsające wrażenie.

Karola interesowali także przodkowie. Zdobył książeczkę „Ahnenpaß” (Wykaz przodków) z rubrykami do wpisywania danych osobowych rodziców, dziadków, pradziadków itd. Szperając w różnych archiwach i metrykach gminnych i kościelnych zdobywał te dane, posuwając się coraz dalej wstecz w czasie. Kiedyś cała rodzina wybrała się piechotą do Grodziszcza, aby tam obejrzeć starą ojcowiznę Górniaków i zdobyć kolejne informacje o niektórych osobach.

Karol Kajfosz ze swoim wnukiem Józiem Śliwką (około roku 1967)

W ramach edukacji swoich własnych dzieci Karol zbierał z nimi różne rośliny i umieszczał je w pojedynczych buteleczkach po spirytusie. Na każdej buteleczce była kartka z nazwą rośliny w języku polskim i po łacinie. Dziesiątki takich buteleczek stało rzędem na zadaszonym przedsionku w domu teściowej. Zaszczepiał też dzieciom zainteresowanie astronomią. Kupował popularnonaukowe książki astronomiczne. Abonował czeską „Říše hvězd” i polską „Uranię”. Z gratów po armii niemieckiej zdobył lunetę, przez którą obserwowano Księżyc, Wenus z jej fazami, Jowisza z jego księżycami, Saturna z pierścieniami, mgławice i inne obiekty, a także plamy słoneczne, rzutując obraz słońca na arkusz papieru. Na specjalnej ruchomej mapie nieba uczył dzieci rozpoznawania konstelacji gwiazd. Syna Józefa uczył także gry na fisharmonii i na skrzypcach. Tego pierwszego z powodzeniem, tego drugiego bez. Wiele z tych czynności powtarzał potem znacznie później, zajmując się kolejnym pokoleniem — swoimi wnuczętami, dziećmi córki Zofii i Karola Śliwków: Bogdanem, Hanią, Józiem i Martą, a okazyjnie także dziećmi syna Józefa i Emilii z domu Borska: Bogusią, Danielą i Ireną. Te własne wnuczęta były dla niego wielką radością i wynagradzały mu po części utracone chwile, które spędzałby z dziećmi w szkole.

W drugiej połowie lat 60. wśród wierzących rozpoczęła się akcja zbiorowej przeprowadzki ze Śląska Cieszyńskiego do Bieszczad. Kajfoszowie i Śliwkowie także postanowili wyjechać. Karol mimo pogarszającego się stanu zdrowia brał czynny udział w przygotowaniach i w załatwianiu zezwoleń. Osobiście odwiedził polski konsulat w Ostrawie, gdzie przedstawił powody i motywy tego kroku. Konsul poradził, by w prośbie napisać, że wśród pragnących wyjechać są także starcy i dzieci. Wyjazd do Bieszczad nastąpił dnia 31 maja 1968 roku. Rodzina zamieszkała w Woli Piotrowej, gmina Bukowsko, powiat Sanok, najpierw w prowizorycznym baraku, a później we własnoręcznie wybudowanym domu. W roku 1972 do Polski wyjechała także rodzina syna, Józefa Kajfosza. Zamieszkała ona w Krakowie.

W Bieszczadach Karol Kajfosz nie był już zdolny do aktywnej pracy, wspierał jednak pracę swoją obecnością, zachętą i modlitwami. Dopóki mógł, wędrował po okolicznych wzgórzach i polach, podziwiając miejscową przyrodę. Zauważył różnicę, polegającą na czystszym powietrzu, wolnym od zanieczyszczeń przemysłowych. „Patrzcie tylko, jakie te kwiaty mają piękne kolory! Takich nie było na Śląsku”, mówił. Sił stale ubywało, jego ciało niszczyła powoli postępująca choroba Parkinsona. W ostatnich miesiącach życia nie był już w stanie poruszać się o własnych siłach. Do końca jednak zachował przytomność umysłu, nie narzekał ani nie skarżył się, ze spokojem i cierpliwie znosił uciążliwości choroby i okazywał wszystkim życzliwość. W dniu 15 lipca 1970 roku, przeżywszy niespełna 62 lata, odszedł na wieczny odpoczynek do Pana, któremu w młodości powierzył swoje życie. Jego ciało spoczęło na cmentarzu wiejskim w Woli Piotrowej.

Odchodząc pozostawił po sobie żonę Martę, syna Józefa, córkę Zofię, 7 wnuków: Bogdana, Hanię, Józia, Martę, Bogusię, Danielę i Irenę, siostry Annę i Martę oraz dalszą rodzinę. Od tego czasu do końca roku 2008 jego potomstwo powiększyło się: ze strony syna o 8 prawnucząt i jednego praprawnuka, a ze strony córki także o 8 prawnucząt. Jego żona Marta zmarła w roku 1989, jego siostra Anna w roku 1990, a siostra Marta w roku 2001. Niech te stronice służą potomnym dla pamięci o naszym ukochanym ojcu, dziadku i pradziadku. 

Opracowano na podstawie dostępnych materiałów oraz wspomnień syna i córki.

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz