Bóg uczy nas patrzeć na nasze życie w sposób jakościowy. Naszą zasadę „jak wiele” zatępuje swoją – „jak bardzo”. Nie jest ważne, jak wiele sami osiągnęliśmy, ale jak bardzo wpłynęliśmy na ludzkie życie

Kluczem do zrozumienia intencji Chrystusa kryjącej się w stwierdzeniu:

„Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię” (Mt 5:5)

są słowa pierwszego błogosławieństwa z Kazania na górze odnoszącego się do ubogich w duchu, czyli tych, którzy zdali sobie sprawę ze swego braku i zapragnęli zmiany. Możemy być tymi, którzy pragną zmiany, albo też zadowalają się tym, co mają, i kim są. Ale co to za frajda stać się cichym? Nie ma w tym nic pociągającego. Czy ktoś z nas kiedykolwiek doznawał uczucia szczęścia, satysfakcji czy zadowolenia z powodu własnej cichości, łagodności lub ustępliwości? Wydaje się, że są to cechy dobre dla słabych. Cisi ludzie to potocznie: słabi, zniewieściali, bez ikry. To cecha nie na dziś. Na nasze czasy właściwsze byłoby powiedzenie: szczęśliwi są zdolni, gdyż oni zyskają podziw i szacunek swoich przyjaciół; szczęśliwi są agresywni, gdyż oni odziedziczą dobrobyt; szczęśliwi przebojowi i zapobiegliwi, ponieważ oni zrobią karierę; szczęśliwi bogaci – oni bowiem zdobędą świat, przyjaciół i życie w luksusie. I niezaprzeczalnie jest w tym sporo racji. Gdyby ktoś chciał twierdzić inaczej, byłby klasycznym idealistą. Jednak w wieczności będą się liczyły zupełnie inne atuty. Ale nawet i tu, na ziemi z pewnością przydaje się cecha, której posiadaczy Jezus nazwał szczęśliwymi.

Szczęśliwi cisi, czyli kto?

Zdaniem Arystotelesa cichość (gr. praotes) oznacza szczęśliwy stan pośredni pomiędzy skrajnymi uczuciami, np. zbyt wielkim a zbyt słabym gniewem (z tym drugim mamy do czynienia, kiedy komuś jest wszystko jedno i nie reaguje na coś nagannego, a powinien). Dla Greków słowo to w odniesieniu do rzeczy oznaczało cechę miękkości, łagodności, delikatności; w odniesieniu do ludzi natomiast – delikatne usposobienie lub łaskawą postawę. Inne znaczenie słowa praotes to przeciwieństwo pojęcia hypselokardia (wyniosłość serca) – jest to pokora eliminująca wszelką pychę (zob. Rz 12:3). Słowem pochodnym praus określano oswojone, domowe zwierzę, które wyuczono słuchać rozkazów, nauczono reagować na komendy cugli, którymi pozwalało sobą kierować. Słowo to oznacza łagodność, ale na bazie siły, nie słabości. Jest to łagodność rozumiana jako siła poddana kontroli, ujarzmiona.

Słynny angielski kaznodzieja Martyn Lloyd-Jones daje odmienne od potocznego spojrzenie na tytułową cechę. Według niego

 „cichość to w istocie swej prawdziwe spojrzenie na siebie samego, wyrażające się w postawie i w postępowaniu nacechowanym szacunkiem wobec innych… Człowiek, który jest prawdziwie cichy, to jest ten, który jest prawdziwie zdumiony, że Bóg i człowiek mogą myśleć o nim tak dobrze, jak myślą i traktować go tak dobrze, jak go traktują”.

Szczęśliwi zdumieni sobą

To jest zdumienie z powodu tego, że Bóg się od nas nie odwrócił, mimo że zgrzeszyliśmy, zawiedliśmy, bo grzeszymy, zawodzimy. Bo jesteśmy niestali, chwiejni, lękliwi… A On w nas wierzy, na nas liczy. Czeka, kiedy my uwierzymy w siebie, tak jak On uwierzył w nas.

Człowiek cichy z Kazania na górze jest szczęśliwy, bo zaskoczony tym, kim i jaki może być dzięki Bożemu działaniu w Nim. To człowiek, który cieszy się życiem, bo nie patrzy wstecz, ale przed siebie.

Wiliam Barclay parafrazuje słowa tego błogosławieństwa następująco: „Błogosławiony człowiek, którego instynkty, impulsy i uczucia znajdują się pod kontrolą; który całkowicie panuje nad sobą, tzn. zupełnie podporządkował się kierowaniu Bożemu – jest w pełni kontrolowany przez Boga”.

Szczęśliwi poddani

Są szczęśliwi, ponieważ poddali się Bogu, poddali się zmianie, zapragnęli jej i zdumieni są efektami. To jest jedna z najbardziej ekscytujących rzeczy, jakie wynikają z naszego poddania się Bogu – to, jacy jesteśmy dziś, wcale nie oznacza, że tacy będziemy za rok czy za pięć lat. Na tym polega zrobienie tego drugiego kroku: uwierzyliśmy, że możemy być inni, poddaliśmy się Bożej przemianie, żeby być inni. Ale to musi trwać, nie dzieje się od razu. Poddanie się Bogu uzależnia nas od Niego. Ale paradoksalnie właśnie to prowadzi nas do szczęścia, w miejsce ciągłego próbowania załatwiania wszystkiego po swojemu, ciągłego stawiania na swoim i stałego popełniania tych samych błędów.

Szczęśliwi pokorni

Cichy to również ten, kto nie jest skupiony wciąż na sobie. Nie szuka swego. Nie myśli o sobie przesadnie. Bez pokory nie może być mowy o postępie w nauce (uniemożliwia to brak uświadomienia sobie własnej niewiedzy). Quintillian, rzymski orator i wielki nauczyciel, napisał o niektórych swoich podopiecznych:

„Byliby niewątpliwie wspaniałymi uczniami, gdyby nie ich przekonanie o własnej wiedzy”.

Człowiek, który się nie wywyższa, zna swoje braki i dlatego chce się zmieniać. W efekcie tego nie stoi w miejscu, jego życie zyskuje na wartości. A dzięki temu osiąga więcej. Bez pokory nie może być mowy o miłości (u źródła miłości leży zawsze uczucie, że się na coś nie zasługuje). Bez pokory nie może być też mowy o prawdziwym poddaniu się Bogu.

Jednak najbardziej chciałbym podkreślić dwie następne zasady.

Szczęśliwi niepozorni

To błogosławieństwo wydaje się najmniej ciekawe z całego Kazania na górze. Takie zwyczajne i oczywiste. Mówi o ludziach niepozornych. Nie chcielibyśmy być niepozorni. Pragniemy być wyjątkowi. Ale Bóg lubi wyjątkowe rzeczy czynić przez ludzi niepozornych. Dzieje chrześcijaństwa tak naprawdę pełne są historii takich ludzi, niemal bezimiennych, przez których nawróciło się tysiące ludzi. Oni wcale nie potrzebują błyszczeć. Wystarczy, iż błyszczy Chrystus, że to przydaje Jemu chwały. I są w tym szczerzy.

Świat kusi nas do myślenia o tym, by być kimś, o kim będzie głośno. A tu wcale nie o to chodzi. Mamy robić swoje, a nie zabiegać o blichtr i sławę. Nie mamy żyć, by odbierać chwałę, ale po to, by przynosić chwałę Jezusowi. Tak naprawdę pojęcie „odbierania chwały” w tym kontekście nabiera wydźwięku czysto negatywnego, bo polega na zabieraniu jej komuś, komu się ona słusznie należy, czyli właśnie Chrystusowi.

Szczęśliwi mogący się powołać na Jezusa

Może i jesteśmy niepozorni. Ale jest tak tylko z pozoru. Ponieważ to, że możemy powoływać się na Jezusa, występować w Jego imieniu, a On się do nas przyznaje i udziela nam swojego autorytetu – wszystko zmienia.

Ludzie żyjący na własny rachunek muszą się stale dopingować do większego wysiłku, bo uważają, że wszystko zależy od nich, bo wierzą, że wszystko zawdzięczają jedynie sobie. Ktoś, kto może polegać na Jezusie, jest szczęśliwy, gdyż to On nadaje jego życiu wartość. I nie chodzi tu o to, by schować się za Jego plecami, ale być ośmielonym chwałą Jezusa do większych rzeczy, niż te, które dotąd wydawały nam się możliwe. Mamy prawo powoływać się na Jezusa i Jego autorytet. Dzięki Niemu też możemy odwoływać się do miłości Ojca i prosić Ducha Świętego o moc do życia. I to nie jako zalęknieni petenci, ale jako prawowici dziedzice obietnic.

Nagroda

Nigdy w dziejach świata nikomu nie udało się posiąść całej ziemi. Nawet diabłu. A jednak kiedy dziś czytamy o tysiącach ludzi przychodzących do Jezusa na każdym kontynencie, nawet w krajach islamu, jest w tym coś niespotykanego i poruszającego. Nikt poza Jezusem nie jest w stanie wywrzeć trwalszego wpływu na świat i na ludzi, którzy go zamieszkują.

Ale spójrzmy na to jeszcze inaczej. Świat przyzwyczaił nas do patrzenia na wartość czyjegoś dorobku w sposób ilościowy: ile bogactwa, sukcesów czy tytułów udało się komuś zgromadzić w ciągu swego życia. Bóg uczy nas patrzeć inaczej – w sposób jakościowy. Naszą zasadę „jak wiele” zastępuje swoją – „jak bardzo”. Nie jest ważne, jak wiele sami osiągnęliśmy, ale jak bardzo wpłynęliśmy na ludzkie życie. Wpływ, który wywieramy na świat, ma znaczenie niezmierzone, bo dotyczy zmiany, która ma wartość wieczną, a ta – choć z pozoru znikoma – jest niezwykle ważna, gdyż oddziałuje również na jakość życia tu i teraz. Ktoś był głodny, a teraz jest syty; ktoś był bezdomny, a teraz ma gdzie mieszkać; ktoś był pogrążony w rozpaczy, a teraz żyje radosną nadzieją. To znacznie więcej niż dodawanie kolejnych elementów komfortu do naszego życia. Zamiana jedzenia dobrego na wykwintne nigdy nie będzie równa takiej, która dokuczliwość głodu przemienia w poczucie sytości.

Paradoks Królestwa Bożego polega na tym, że tu zwycięzcami zostają ci, którzy według kryteriów świata wcale się nie liczą, nie błyszczą, nie wywołują uczucia zazdrości. W Królestwie Niebios najwięcej zdobywają ci, którzy nie stawiają siebie wysoko. Pokora, poddanie się Bogu, wiara w Jego moc przemieniają nas, Kościół, całe narody, plemiona, prowincje. Naprawdę warto być cichym, gdyż

„więcej wart jest cierpliwy niż bohater, a ten, kto opanowuje siebie samego, więcej znaczy niż zdobywca miasta” (Prz 16:32).

Włodek Tasak

Artykuł pochodzi z serwisu http://zgory.com

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz