CZĘŚĆ PIERWSZA: „NIE SĄDŹCIE, ABYŚCIE NIE BYLI SĄDZENI” MAT. 7,1

Usiłowanie zasłużenia na zbawienie własnymi uczynkami prowadzi ludzi nieuchronnie do ustanowienia ludzkich przepisów przeciwko grzechowi. Widząc bowiem swoją bezsilność w wypełnianiu przykazań Bożych, ustanawiają reguły i przepisy w celu zmuszenia samych siebie do posłuszeństwa. Wszystko to jednak odwraca myśli od Boga, a zwraca na człowieka. Gaśnie wtedy miłość do Boga, a z nią miłość do bliźniego. System ludzkich wymysłów z jego różnymi wymogami niewątpliwie pobudzi swych zwolenników do krytykowania wszystkich, którzy się tym wymaganiom nie podporządkowują. Atmosfera samolubstwa i drobiazgowości zdusi szlachetne i wspaniałomyślne porywy i spowoduje, że ludzie staną się samolubnymi sędziami.

Do tych ludzi należeli faryzeusze, którzy się nie upokorzyli przez swe nabożeństwa ani też nie uświadomili sobie swej własnej niemocy i nie byli wdzięczni za wielkie przywileje, których im Bóg udzielił; byli natomiast pełni duchowej wyniosłości, a przedmiotem ich rozmów i rozmyślań była stale własna osoba. Własne ich zapatrywanie było im prawidłem, według którego osądzali innych; ubrani w szaty własnej sprawiedliwości gotowi byli krytykować i potępiać. Lud przejął po większej części tego samego ducha, wkraczał w sprawy sumienia i osądzał się wzajemnie w sprawach, które istnieją jedynie między Bogiem a człowiekiem. Nawiązując do tego ducha i zwyczajów rzekł Jezus: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Ma to znaczyć: nie stawiajcie się za przykład, nie czyńcie swoich mniemań i zapatrywań o powinnościach, swoich wykładów Pisma Świętego czymś obowiązującym innych ludzi, nie potępiajcie ich w swym sercu, jeżeli nie dojdą do waszego ideału, nie krytykujcie innych, domyślając się z jakich pobudek działali, i na tej podstawie nie sądźcie ich czynności.

„Przeto nie sądźcie przed czasem, dopóki nie przyjdzie Pan, który ujawni to, co ukryte w ciemności, i objawi zamysły serc” I KOR. 4,5. Nie umiemy czytać w sercach, a ponieważ sami popełniamy błędy, dlatego nie jesteśmy upoważnieni do sądzenia innych. Ludzie śmiertelni mogą sądzić jedynie pozornie, bowiem tylko Bóg, któremu są znane tajemne pobudki każdego czynu i który obchodzi się z każdym litościwie, może rozstrzygać o losie każdej duszy. „Nie ma przeto usprawiedliwienia dla ciebie, kimkolwiek jesteś człowiecze, który sądzisz; albowiem sądząc drugiego, siebie samego potępiasz, ponieważ ty, sędzia, czynisz to samo” RZYM. 2,1. Kto innych krytykuje i potępia, ten wskazuje sam na siebie, jako na winowajcę, gdyż sam postępuje podobnie. Potępiając innych, sami wydajemy wyrok na siebie, a Bóg uważa to za sprawiedliwe i przyjmuje ten wyrok, który wydaliśmy przeciw własnej osobie.

„A CZEMU WIDZISZ ŹDŹBŁO W OKU BRATA SWEGO?” MAT. 7,3

Nawet zdanie „albowiem sądząc drugiego, samego siebie potępiasz, ponieważ ty, sędzia, czynisz to samo” nie oddaje całego ogromu grzechu tego, który sobie pozwala krytykować i osądzać swego brata. Jezus mówi: „A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz?” MAT. 7,3.

Słowa Jego dotyczą człowieka, który jest skłonny do wytykania błędów innym. Jeżeli człowiek taki, dostrzeże plamkę w charakterze lub postępowaniu swego bliźniego, jest szczególnie gorliwy w roznoszeniu wieści o tym błędzie między innych. Jezus mówi, iż cecha charakteru, która się rozwija w formie tak bardzo niepodobnej do postępowania Chrystusa, jest w porównaniu do zganionego błędu belką wobec źdźbła. Brak cierpliwości i miłości prowadzą do tego, że z atomu robi się cały świat. Kto nigdy nie oddał się zupełnie Chrystusowi, ten nie przejawia też w swoim życiu łagodzącego wpływu miłości Zbawiciela. Ten błędnie przedstawia łagodnego i uprzejmego ducha ewangelii i rani drogie dusze, za które Jezus umarł. Według porównania użytego przez Zbawiciela, ten, który lubi ganić, zawinił więcej, niż sam obwiniony, gdyż nie tylko ten sam grzech popełnia, ale dołącza do niego wyniosłość i chęć ganienia.

Chrystus jest jedynym i prawdziwym wzorem charakteru, więc kto siebie stawia za wzór dla innych, ten stawia się na miejscu Chrystusa. A ponieważ Ojciec „wszelki sąd przekazał Synowi” JAN 5,22, przeto ten, który rości sobie prawo do sądzenia pobudek i czynów innych, narusza przywileje Syna Bożego. Ludzie, potępiający innych bez poznania pobudek, stają po stronie antychrysta, „który wynosi się ponad wszystko, co się zwie Bogiem lub jest przedmiotem boskiej czci, a nawet zasiądzie w świątyni Bożej, podając się za Boga” II TES. 2,4. Zimny, krytykujący i nieprzejednany duch, który cechuje faryzeizm, jest grzechem pociągającym za sobą najnieszczęśliwsze skutki. Gdzie religijne doświadczenie jest pozbawione miłości, tam nie ma Chrystusa ani promieni słonecznych Jego obecności, a niezmordowana działalność, niechrześcijańska gorliwość nie zastąpi miłości. Można posiadać nadzwyczajną zdolność spostrzegania błędów u innych, ale kto żywi takiego ducha, do tego mówi Jezus: „Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego” MAT. 7,5.

Kto sam dopuszcza się winy, posądza też innych o nieprawość, a potępiając innych, stara się zataić lub wybielić własny grzech. Przez grzech bowiem doszli ludzie do znajomości złego i gdy tylko pierwsi ludzie zgrzeszyli, zaraz rozpoczęli się wzajemnie obwiniać. I tak postępuje ludzka natura zawsze, dopóki nie zapanuje nad nią łaska Chrystusa.

Ludzie mający ducha oskarżycielskiego nie zadowalają się tylko zwracaniem uwagi na domniemany błąd bliźniego, lecz chcą go także skłonić do czynienia tego, co sami uważają za stosowne, uciekając się nawet do presji. Tak postępowali współcześni Chrystusowi, i tak postępował Kościół, gdy utracił łaskę Chrystusa. Widząc, że utracił władzę miłości, posługiwał się ramieniem władzy państwowej dla narzucenia swych dogmatów, i dla wprowadzenia w życie swych dekretów. Na tym, polega tajemnica wszelkiego religijnego prawodawstwa, jakie kiedykolwiek istniało i tajemnica wszelkich prześladowań na tle religijnym.

Chrystus nie zmusza ludzi, lecz pociąga do siebie. Jedynym środkiem nacisku używanym przez Chrystusa jest miłość. Jeżeli Kościół szuka poparcia władz świeckich, wtedy dowodzi, że nie ma siły Chrystusa — owej miłości boskiej. Brak tej mocy może zaistnieć u każdego członka zboru i tu też trzeba rozpocząć leczenie. Jezus rozkazuje oskarżycielowi, aby wyjął najpierw belkę ze swego oka, wyznał grzechy i przestał je czynić, nim rozpocznie naprawianie innych, gdyż „nie ma bowiem drzewa dobrego, które by rodziło owoc zły, ani też drzewa złego, które by rodziło owoc dobry” ŁUK. 6,43. Upodobanie do sądzenia jest owocem zepsutym i dowodzi, że całe drzewo jest zepsute. Żadnego pożytku nie przyniesie uważanie siebie za dobrego, gdyż najpierw trzeba zmienić swoje serce; tego musimy doznać, nim staniemy się zdolni do naprawiania innych, gdyż tylko „z obfitości serca mówią usta” MAT. 12,34.

Jeżeli w czyimś życiu następuje zmiana, a my staramy się wówczas udzielać rad i wskazówek, to słowa nasze wywrą dobry wpływ o tyle, o ile nasz przykład zgadza się z tym, co mówimy. Musimy sami być dobrzy, nim będziemy mogli dobrze czynić; nie wywrzemy dodatniego wpływu, dopóki nie upokorzymy własnego serca przez łaskę Chrystusa. Jeżeli zmiana ta nastąpi, wówczas poświęcenie życia dla dobra innych będzie dla nas czymś tak naturalnym, jak roztaczanie zapachu przez różę albo rodzenie soczystych gron przez krzew winny. Jeżeli Chrystus jest dla nas „nadzieją chwały”, to nie będziemy mieli ochoty na śledzenie innych w celu wykrycia ich błędów. Zamiast oskarżać ich i sądzić, będziemy tym więcej usiłowali pomóc, wspierać i ratować. Jeżeli napotkamy błądzących, to będziemy przestrzegali napomnienia: „Bacząc, każdy na siebie samego, abyś i ty nie był kuszony” GAL. 6,1.

Przypomnijmy też sobie, ile razy sami zbłądziliśmy i jak trudny był dla nas powrót na prawą drogę. Nie odtrącajmy błądzącego brata, lecz ostrzegajmy go z serdeczną litością przed niebezpieczeństwem grzechu, w jakim się znajduje. Kto często spogląda na krzyż na Golgocie i pomyśli, że to jego grzechy zaprowadziły tam Zbawiciela, ten nie będzie porównywał swej winy z winą bliźniego, ani go nie oskarży. Kto kroczy w cieniu krzyża Golgoty, nie może posiadać ducha sądzenia lub wyniosłości. Dopiero gdy przekonamy się, że zdołamy poświęcić „własne ja”, a nawet życie, by ratować błądzącego brata — wtenczas wyciągnęliśmy belkę z własnego oka i jesteśmy zdolni pomóc bliźniemu, wtedy możemy się do niego zbliżyć i wzruszyć jego serce. Jeszcze nigdy nie naprowadzono nikogo na dobrą drogę naganą i wyrzutami, ale już wielu przez to odepchnięto od Chrystusa i ci zamknęli swe serca na wpływ Ducha Świętego.

Łagodny duch i taktowne postępowanie może uratować błądzącego i zakryć jego grzechy. Objawienie Chrystusa w naszym charakterze wpłynie dodatnio na wszystkich, którzy mają z nami styczność. Obcujemy stale z Chrystusem, a wtedy objawi On przez nas twórczą siłę Swego słowa — ów cichy, łagodny, przekonywający, ale potężny wpływ mogący przekształcić inne dusze na podobieństwo Pana Boga naszego.

„NIE DAJCIE PSOM TEGO, CO ŚWIĘTE” MAT. 7,6

Jezus mówi tu o ludziach, którzy nie mają ochoty uciec z niewoli grzechu. Przez obcowanie z ludźmi zepsutymi i przez życie w przestępstwie upadli oni tak nisko, że nie chcą się odłączyć od złego. Słudzy Chrystusa nie powinni pozwolić, by ludzie gardzący i lekceważący ewangelię przeszkadzali im w dążeniu ku górze.

Zbawiciel nie przechodził nigdy obojętnie obok duszy, choćby tai najgłębiej ugrzęzła w grzechach, jeżeli tylko miała ochotę do przyjęcia cennych prawd nieba. Dla celników i nierządnic stały się Jego słowa początkiem nowego życia. Maria Magdalena, z której wypędził siedem diabłów, była w piątek ostatnią przy grobie Jezusa, a pierwszą, którą pozdrowił w poranek swego zmartwychwstania. Saul z Tarsu jeden z najzawziętszych nieprzyjaciół ewangelii, stał się Pawłem, pokornym i wiernym sługą Chrystusa. Często pod maską wzgardy i nienawiści, a nawet zbrodni i zepsucia, może być ukryta dusza, którą łaska Chrystusowa chce wyratować, aby jaśniała jak klejnot w koronie Zbawiciela.

„PROŚCIE, A BĘDZIE WAM DANE; SZUKAJCIE, A ZNAJDZIECIE; KOŁACZCIE, A OTWORZĄ WAM” MAT. 7,7

Aby nie dać sposobności do niedowiarstwa, niezrozumienia lub niewłaściwego wyłożenia tych słów, powtarza Pan swą potrójną obietnicę. Pragnie, aby szukający Boga zechcieli w Niego wierzyć, jako w Tego który wszystko może. Dlatego dodaje Jezus: „każdy bowiem kto prosi, otrzymuje, a kto szuka, znajduje, a kto kołacze, temu otworzą” MAT. 7,8.

Oprócz pragnienia Jego łaski, szukania Jego rady i tęsknoty do Jego miłości, nie stawia On żadnego innego warunku. „Proście”. Prosząc dowodzicie, że uznajecie swoje potrzeby, a jeżeli prosicie w wierze, tedy otrzymacie; Pan dał w zastaw swe słowo, którego z pewnością dotrzyma. Jeżeli przyjdziecie do Niego z prawdziwą skruchą, nie potrzebujecie się obawiać, że jest zarozumiałością prosić o to, co nam Pan obiecał. Jeżeli prosicie o błogosławieństwa potrzebne do udoskonalania charakteru na podobieństwo Chrystusa, wówczas macie zapewnienie od Pana, że prosicie o to, co wam obiecał dać. Uznanie i świadomość popełnienia grzechów można uważać za dostateczny powód do prośby o łaskę i zmiłowanie Boga. Warunkiem przyjścia do Boga nie jest nasza świętość, lecz pragnienie, aby oczyścił nas z wszystkich grzechów i nieprawości. Jedno, co zawsze możemy przedstawić Panu, to naszą bezsilność, czyniącą Boga i Jego odkupiającą potęgę dla nas koniecznością.

„Szukajcie”. Nie miejcie tylko pragnienia łaski Bożej, lecz i samego Boga. „Pogódź się z nim i zawrzyj z nim pokój” JOB. 22,21. „Szukajcie, a znajdziecie”. Bóg szuka was i już sama chęć, którą macie, aby pójść do Niego, jest głosem Jego Ducha. Idźcie za tym głosem. Chrystus oręduje za kuszonymi, błądzącymi i małowiernymi. Pragnie ich przywieść do łączności ze sobą. „Jeżeli go szukać będziesz, da ci się znaleźć” I KRON. 28,9.

„Kołaczcie”. Przychodzimy do Boga na Jego szczególne zaproszenie, a On czeka, by nas powitać. Pierwsi uczniowie idący za Chrystusem nie zadowolili się krótką rozmową, którą mieli z Nim po drodze, lecz rzekli: „Rabbi! (to znaczy: Nauczycielu) gdzie mieszkasz? (…) Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i pozostali u niego w tym dniu” JAN 1,38.39.

Tak możemy też i my przyjść do najściślejszego i najpoufniejszego obcowania z Nim. „Kto mieszka pod osłoną Najwyższego. przebywa w cieniu Wszechmogącego” PS. 91,1. Tym, którzy pragną błogosławieństwa, poradźcie zakołatać, czekać przy drzwiach łaski i mówić w silnej pewności: Panie, Tyś powiedział: „Kto prosi, otrzymuje, a kto szuka, znajduje, a kto kołacze, temu otworzą” MAT. 7,8.

Jezus pragnął, aby ci, którzy się zebrali w celu słuchania Jego słów, poznali miłosierdzie i miłość Bożą. Żeby przedstawić im z jednej strony ich potrzeby, a z drugiej strony gotowość Boga do ich zaspokojenia, daje Jezus przykład głodnego dziecięcia, które prosi swego ziemskiego ojca o chleb. „Czy jest między wami taki człowiek, który, gdy go syn będzie prosił o chleb, da mu kamień” MAT. 7,9. Jezus zwraca tu uwagę na naturalną miłość ziemskiego ojca do dziecka i mówi potem: „Jeśli tedy wy, będąc złymi, potraficie dawać dobre dary dzieciom swoim, o ileż więcej Ojciec wasz, który jest w niebie, da dobre rzeczy tym, którzy Go proszą” MAT. 7,11.

Żaden miłujący ojciec nie mógłby się odwrócić od swego dziecka proszącego go o chleb. Czy byłby zdolny do lekkomyślnego postępowania ze swym dziecięciem i dręczenia go, podniecając jego oczekiwanie, po to, by zawieść jego zaufanie? Czy obiecałby dać pokarm dobry i pożywny, ofiarując mu później kamień? Czy mógłby więc ktoś tak Boga znieważyć, sądząc, że nie zważa On na prośby swych dzieci? „Jeśli więc wy, którzy jesteście źli, umiecie dobre dary dawać dzieciom swoim, o ileż bardziej Ojciec niebieski da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą” ŁUK. 11,13. Duch Święty, zastępca Boga, jest największym ze wszystkich darów. Wszelkie „dary dobre” są w Nim zawarte, więc Stwórca nie może dać nam nic większego i lepszego. Jeżeli błagamy Boga, aby się zmiłował nad nami grzesznymi i prowadził nas przez Ducha, wtenczas nie odwróci się On od swych dzieci, nie może bowiem pozostawić bez uwagi wołania potrzebującego i tęskniącego serca. W cudowny i delikatny sposób opisuje On swoją miłość. Komu się zdaje, ze Bóg na niego nie zważa, do tego stosuje się poselstwo zawarte w księdze proroka Izajasza: „A jednak Syjon mówi: Pan mnie opuścił i Wszechmogący zapomniał o mnie. Czy kobieta może zapomnieć o swoim niemowlęciu i nie zlitować się nad dziecięciem swojego łona? A choćby nawet one zapomniały, jednak Ja ciebie nie zapomnę. Oto na moich dłoniach wyrysowałem cię” IZ. 49,14-16.

Każda obietnica Słowa Bożego jest pobudką do modlitwy, gdyż słowa Boże są pewnym oparciem. Naszym przywilejem jest, że przez Chrystusa możemy prosić o każde duchowe błogosławieństwo, jakiego potrzebujemy. W dziecięcej prostocie możemy przedstawić Panu swe potrzeby, dotyczące czy to rzeczy doczesnych, prosząc Go o pokarm i odzież, czy też duchowych — o chleb żywota i o szatę sprawiedliwości Chrystusa. Ojciec niebieski zna nasze potrzeby i nakłania nas, abyśmy prosili o zaspokojenie ich. Tylko w imię Jezusa możemy uzyskać wszelkie względy, gdyż Bóg chce imię to uwielbić zaspokojeniem naszych potrzeb według bogactwa swej szczodrobliwości.

Nie zapominajmy jednak, gdy przychodzimy do Boga, jako do Ojca, że jesteśmy Jego dziećmi, ufajmy nie tylko w Jego dobroć, lecz poddajmy się też we wszystkich sprawach Jego woli, wiedząc, że Jego miłość jest niezmienna. Jezus bowiem dał tym, którzy mieli szukać królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, obietnicę: „Proście, a będzie wam dane”. Dary Tego, który ma moc na niebie i na ziemi, otrzymują dzieci Boże — dary mające tak wielką wartość, że mogą się stać naszą własnością tylko dzięki drogiej krwi Zbawiciela; dary zaspokajające największą tęsknotę serca; dary istniejące wiecznie mogą otrzymać i użytkować ci, którzy z dziecięcą ufnością przychodzą do Boga. Przyjmijmy obietnicę Bożą, a otrzymamy pełnię radości.

„WSZYSTKO, CO BYŚCIE CHCIELI, ABY WAM LUDZIE CZYNILI, TO I WY IM CZYŃCIE” MAT. 7,12

W powyższej wypowiedzi streścił Jezus zasadę, na jakiej winny opierać się stosunki społeczeństwa ludzkiego, w którym wzajemną miłość uczynił obowiązkiem człowieka. Współcześni Chrystusowi byli zainteresowani osobistym zyskiem, a główną ich troską było zapewnienie sobie władzy, poważania i dobrobytu. Chrystus jednak uczy, że nie naszą rzeczą pytać, ile otrzymamy, ale ile możemy dać. Miarę naszych powinności względem innych znajdujemy w tym, co uważamy za powinność innych ludzi wobec nas.

Obcując z ludźmi przenieśmy się w ich położenie. Przedstawmy sobie ich uczucia, trudności, rozczarowanie, radości i cierpienia i postępujmy tak, jak byśmy chcieli, by z nami postąpiono, gdybyśmy znaleźli się na ich miejscu. Jest to reguła uczciwości i jest równoznaczna z wyrokiem zakonu: „Będziesz miłował bliźniego twego, jak siebie samego”. Reguła ta jest głównym tematem nauki proroków. Stanowi ona zasadę nieba i będzie praktykowana przez wszystkie istoty nadające się do życia w świętej społeczności nieba. Ta złota reguła jest zasadą prawdziwej uprzejmości, a najlepiej oddana jest w życiu i charakterze Chrystusa, tchnącego niewypowiedzianą dobrocią. Każdy, posiadający ten ideał doskonałego charakteru, musi w życiu okazywać litość i uprzejmość Chrystusa. Wpływ łaski ulepsza serca, uszlachetnia uczucia i pomnaża dobroć. Zasada ta posiada jednak jeszcze głębsze znaczenie. Każdy, ktokolwiek został szafarzem rozlicznych łask Bożych, jest powołany do udzielania duszom potrzebującym tak, jak pragnąłby, by czyniono to dla niego, gdyby był na ich miejscu. Apostoł Paweł mówi: „Jestem dłużnikiem Greków i nie Greków, mądrych i niemądrych” RZYM. 1,14.

Ze wszystkiego, co wiemy o miłości Bożej, ze wszystkich bogatych darów Jego łaski, których otrzymaliśmy więcej niż jakakolwiek z upadłych dusz na ziemi, powinniśmy udzielać innym, gdyż jesteśmy wobec nich dłużnikami. Tak samo ma się rzecz z dobrami i błogosławieństwami życia doczesnego; posiadanie dóbr w większej mierze czyni nas dłużnikami wobec wszystkich, którzy są w te dobra mniej wyposażeni. Jeżeli posiadamy dostatek, wówczas spoczywa na nas obowiązek troszczenia się o chorych, wdowy i sieroty, tak jakbyśmy sobie życzyli, by troszczono się o nas, gdybyśmy byli na ich miejscu. Reguła ta uczy nas tej samej prawdy, którą znamy już z Kazania na Górze, a ta brzmi: „Jaką miarą mierzycie, taką wam odmierzone będzie”. Co czynimy innym, dobro czy zło, to wróci do nas w błogosławieństwie lub przekleństwie, gdyż czego udzielamy, to też otrzymamy. Dobrodziejstwa wyświadczone innym wracają często do dawcy, a w czasach nędzy wracają nieraz poczwórnie w monecie niebieskiej. Oprócz tego już w tym życiu wszystkie dobre czyny zostają nagrodzone przez miłość Boga, a to jest sumą wielkich wspaniałości niebieskich i ich skarbów. Wyrządzone komuś zło również wraca. Kto w lekkomyślny sposób zniechęca lub oskarża innych, będzie musiał również sam to przeżywać, a wtedy odczuje, ile inni ucierpieli przez brak współczucia i miłości.

Tak postanowiła miłość Boża. Bóg chce, byśmy otworzyli swe serca, by Jezus mógł w nich zamieszkać, wówczas zło zamieni się na dobro, a co było przekleństwem, stanie się błogosławieństwem. Zasada tej złotej reguły jest zasadą chrześcijaństwa; każda jej zmiana jest oszustwem. Religia nakłaniająca nas do niedoceniania dusz, które Chrystus tak wysoce cenił, że oddał za nie swe własne życie i czyniąca nas niedbałymi względem potrzeb, cierpień i praw ludzkich jest religią fałszywą. Będąc obojętnymi względem biednych, cierpiących i grzeszników zdradzamy Chrystusa. Ponieważ tak wielu przyjmuje Jego imię, a nie przyjmuje Jego charakteru, dlatego ma chrześcijaństwo w świecie tak małe znaczenie. Takie postępowanie jest znieważaniem imienia Pańskiego. O zborze apostolskim, kiedy go oświecała wspaniałość zmartwychwstałego Zbawiciela, jest napisane, iż „nikt z nich nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne (…) Nie było też między nimi nikogo, który by cierpiał niedostatek (…) Apostołowie zaś składali z wielką mocą świadectwo o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wielka łaska spoczywała na nich wszystkich” DZ. 4,32. 34. 33.

„Codziennie też jednomyślnie uczęszczali do świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali pokarm z weselem i w prostocie serca, chwaląc Boga i ciesząc się przychylnością całego ludu; Pan zaś codziennie pomnażał liczbę tych, którzy mieli być zbawieni” DZ. 2,46.47. Możemy zbadać niebo i ziemię, a nigdzie nie znajdziemy żadnej prawdy objawionej tak wyraźnie, jak właśnie ta, która się przejawiła w uczynkach miłosierdzia względem potrzebujących naszego współczucia i pomocy. Prawda ta ma podstawę w Chrystusie, a jeżeli ci, którzy wyznają imię Jezusa, zachowywać będą tę złotą regułę, wówczas ewangelii będzie towarzyszyła taka sama moc, jak w czasach apostolskich.

CZĘŚĆ DRUGA: „CIASNA JEST BRAMA I WĄSKA DROGA, KTÓRA PROWADZI DO ŻYWOTA” MAT. 7,14

W czasach Chrystusa lud Palestyny mieszkał w miastach otoczonych murem, leżących często na pagórkach lub nawet na górach. Do bram zamykanych przed zachodem słońca prowadziły drogi skaliste i strome; podróżny musiał często w wielkim pośpiechu wspinać się po trudnej drodze, aby dojść do bramy jeszcze przed nadejściem nocy; kto przybył za późno musiał pozostać za bramą.

Jezus użył obrazu takiej wąskiej stromej ścieżki, prowadzącej do domu i do spokoju, aby przedstawić drogę chrześcijanina. Droga, którą wam wskazałem, powiada, jest wąska, a przez bramę trudno przejść, gdyż złota reguła wyklucza wszelką pychę i wszelkie samolubstwo. Wprawdzie istnieje i droga szersza, ale prowadzi ona do zguby. Wybierając drogę do żywota duchowego musimy nieustannie wspinać się, gdyż droga prowadzi w górę, ponadto musimy kroczyć w niewielkiej grupie, gdyż wielka rzesza wybiera drogę szeroką i wygodną.

Na tej drodze do zguby ludzie mogą zatrzymać przy sobie wszelką swoją chciwość, dumę, nieuczciwość i swe całe zepsucie moralne. Tam jest miejsce dla wszystkich ludzkich mniemań i błędów, możliwość postępowania według własnych skłonności i czynienia, co tylko samolubstwo na myśl przywodzi. Tam nie trzeba szukać ścieżki, gdyż brama jest przestronna, a droga szeroka, toteż bez wszelkiego trudu wstępują nogi na drogę, która prowadzi do śmierci. Droga natomiast prowadząca do żywota jest wąska, a brama ciasna. Jeżeli trzymacie się jeszcze jakiegokolwiek grzechu i nałogu, to będziecie uważać drogę Chrystusa za drogę zbyt wąską; jeżeli chcecie iść drogą Pańską, musicie pozbyć się własnych dróg, własnej woli, własnych złych obyczajów. Kto chce służyć Chrystusowi, nie może kierować się świecką próżnością ani przykładem świata. Ścieżka do nieba jest za wąska, aby miały na niej miejsce duma i wygórowane ambicje człowieka; za wąska dla rozwoju żądzy zaszczytów, która czyni swoją osobę jedynym ośrodkiem myśli i dążeń; za skalista i za stroma, aby ludzie lubiący wygodę mogli wdrapać się po niej na szczyt. Praca, cierpliwość, samozaparcie, nagana, ubóstwo, opór wobec grzechu — oto dział Chrystusa, a musi on być i naszym, jeżeli chcemy wejść do raju Bożego.

Nie należy jednak wnioskować, że tylko droga pod górę jest trudna, a prowadząca w dół łatwa. Na drodze, która prowadzi do śmierci, można wszędzie spotkać boleści i kary, kłopoty i zawód, słowem wiele napomnień, aby nie postępowano nią dalej. Bóg z miłości utrudnia niedbałemu i upartemu niszczenie samego siebie. Naturalnie szatan przedstawia swą drogę w sposób przyjemny, ale to wszystko jest złudzeniem. Na drodze do złego znajdują się gorzkie wyrzuty sumienia i trawiące ciało zmartwienia. Przyjemne może się wydawać uleganie dumie i światowej żądzy sławy, ale końcem tego jest boleść i kłopot. Samolubne plany mogą poniekąd obiecywać zachęcające widoki i nadziej rozkoszy, ale w końcu okazuje się, że radość została zatruta, a nadzieje życia, których ośrodkiem jest własne ja — zawiedzione. Wstęp na szeroką drogę jest także pełen cierni. Światło nadziei, świecące u wejścia, przemienia się w ciemność zwątpienia, a dusza trzymająca się tej drogi pogrąża się w cień nieskończonej nocy.

„Droga niewiernych prowadzi do zguby” PRZYP. 13,15, ale drogi mądrości „są drogami rozkoszy, a wszystkie jej ścieżki wiodą do pokoju” PRZYP. 3,17. Każdy dowód posłuszeństwa wobec Chrystusa, każde wyrzeczenie się dla Jego miłości, każda bez skargi znoszona boleść, każde zwycięstwo nad pokusą jest krokiem do ostatecznego zwycięstwa. Kto bierze Chrystusa za przewodnika, ten będzie prowadzony drogą pewną; nawet największy grzesznik nie może wówczas zbłądzić; żadnemu pragnącemu nie zabraknie na tej drodze światła czystego i świętego. Choć ścieżka jest tak wąska i tak święta, że nie ostoi się na niej grzesznik, to istnieje jednak pomoc dla wszystkich i żadna z wątpiących i drżących dusz nie powinna mówić: „Bóg nie dba o mnie”.

Droga pod górę może być przykra i stroma; przepaście mogą się znajdować po prawej i po lewej stronie; krocząc po niej będziemy mieli może niejedną trudność do przezwyciężenia; będziemy musieli pracować wtedy, kiedy będziemy osłabieni, albo też będziemy musieli mieć nadzieję, kiedy nam zabraknie wszelkiej odwagi, ale mając Chrystusa za przewodnika dotrzemy wreszcie do miejsca upragnionego. On sam szedł przed nami tą przykrą ścieżką. On wyrównał ją dla naszych nóg. Wzdłuż całej drogi prowadzącej do żywota wiecznego znajdują się źródła radości pokrzepiające znużonego; wszyscy idący tą drogą radują się nawet w cierpieniach, gdyż Ten, którego dusza ich kocha, jest niewidzialny u ich boku. Pnąc się dalej, odczuwają na każdym kroku coraz wyraźniejsze dowody Jego obecności, przy każdym kroku oświecają ich ścieżkę coraz jaśniejsze promienie wspaniałości Niewidzialnego, a ich hymny pochwalne mają coraz piękniejsze tony i wznoszą się w górę, aby złączyć się ze śpiewem aniołów przed tronem Boga. „Ale droga sprawiedliwych jest jak blask zorzy porannej, która coraz jaśniej świeci aż do białego dnia” PRZYP. 4,18.

„STARAJCIE SIĘ WEJŚĆ PRZEZ WĄSKĄ BRAMĘ” ŁUK. 13,24

Spóźniony podróżny chcący przed zachodem słońca dostać się do miasta nie powinien był zwracać uwagi na ciekawe drobnostki napotykane w drodze. Cała jego uwaga musiała być zwrócona na to, by wejść przez bramę. Ta sama pilność w dążeniu do celu, mówi Jezus, musi cechować życie chrześcijanina. Pokazałem wam wspaniały charakter będący prawdziwą chlubą mego królestwa. Nie ma w nim żadnych nadziei na ziemskie panowanie, lecz mimo to godny jest waszych najgorętszych życzeń i najwyższych wysiłków. Nie wzywam was do walki o zwierzchnictwo nad światem, ale nie wnioskujcie z tego, że macie do stoczenia bitwy i nie musicie odnieść zwycięstwa. Nakazuję wam pójść w zapasy i walczyć, abyście weszli do mego duchowego królestwa.

Żywot chrześcijanina jest ciągle walką i marszem bojowym; wszakże zwycięstwa nie można odnieść w nim siłą ludzką. Terenem zapasów jest serce. Bój, który musimy toczyć — największy ze wszystkich jakie ludzie kiedykolwiek prowadzili — to bój o podporządkowanie własnego ja woli Bożej, a zarazem poddanie serca pod panowanie miłości. Stara natura zrodzona z krwi i ciała nie może odziedziczyć królestwa Bożego. Odziedziczone złe skłonności i obyczaje muszą być porzucone.

Każdy decydujący się na wstąpienie do królestwa duchowego stwierdzi, że wszelkie moce i namiętności nie odrodzonej natury, wspierane przez potęgi ciemności, są zwrócone przeciw niemu. Chciwość i duma przeciwstawiają się wszystkiemu, co je demaskuje jako grzech. Sami nigdy nie możemy pokonać mocnego nieprzyjaciela, który trzyma nas w niewoli grzechu. Jedynie Bóg może nam dać zwycięstwo. On chce, żebyśmy mogli panować nad sobą, nad swoją wolą i swymi zwyczajami; bez naszego współudziału nie może nam jednak pomóc. Duch Boży działa przez udzielone człowiekowi zdolności i siły. Nasza energia musi działać razem z siłą boską.

Zwycięstwa nad samym sobą nie można odnieść bez nieustannej, poważnej modlitwy ani bez upokorzenia się na każdym kroku. Nasza wola nie ma być zmuszana do współdziałania z siłami boskimi, przeciwnie — ma się im poddać dobrowolnie. Nawet gdyby można było przemocą narzucić człowiekowi wpływ Ducha, to jednak nie stałby się przez to chrześcijaninem, poddanym nieba. Twierdza złego nie zostałaby przez to zdobyta. Własną wolę trzeba stawić po stronie woli Bożej. Sami nie możecie poddać swych zamiarów, życzeń i skłonności pod wolę Bożą, ale jeśli tego pragniecie, Bóg da wam oręż, którym „unicestwiamy złe zamysły i wszelką pychę, podnoszącą się przeciw poznaniu Boga, i zmuszamy wszelką myśl do poddania się w posłuszeństwo Chrystusowi” II KOR. 10,5. A wtedy będziecie sprawowali „z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie swoje (…), albowiem Bóg to według upodobania sprawia w was i chcenie, i wykonanie” FILIP. 2,12.13.

Wielu odczuwa wprawdzie pociąg do piękności charakteru Chrystusa i wspaniałości nieba, a jednak cofa się przed warunkami, pod którymi można jedynie cechy te osiągnąć. Na szerokiej drodze jest wiele takich, którzy nie są zupełnie z niej zadowoleni, którzy tęsknią za wyrwaniem się z niewoli grzechu i o własnej sile chcą walczyć przeciw swoim złym obyczajom. Wzrok swój kierują na wąską drogę i ciasną bramę, ale samolubne zabawy, miłość do świata, duma i żądza sławy stają niby mur graniczny między nimi a Zbawicielem. Wyrzeczenie się własnej woli i obiektów swych upodobań wymaga ofiary, przed którą niejeden się cofa i zawraca z drogi. „Niewielu jest tych, którzy ją znajdują” MAT. 7,14. Wielu pragnie dobra, usiłuje nawet osiągnąć je, ale nie decyduje się na wybór; nie wytrzymuje do końca w swym przedsięwzięciu, aby je posiąść, bez względu na koszta, jakie trzeba ponieść.

Jedyna nadzieja zwycięstwa polega na tym, że wolę swą poddajemy woli Bożej — współdziałając z Panem; godzina za godziną i dzień po dniu. Nie możemy pozostać takimi, jakimi jesteśmy, a mimo to wejść do królestwa Bożego. Jeżeli kiedykolwiek dostąpimy uświęcenia, to stanie się to jedynie przez wyzbycie się naszego własnego ja i przez przyjęcie Chrystusa. Pycha i zadowolenie z siebie muszą być ukrzyżowane. Czy jesteśmy skłonni do zapłacenia żądanej od nas ceny? Czy jesteśmy gotowi uzgodnić naszą wolę z wolą Bożą? Póki nie zdecydujemy się na to, póty odnawiająca łaska Boża nie może w nas działać. Bój, który podejmujemy, jest „dobrym bojem wiary”. „Pracuję, walcząc w mocy jego, która skutecznie we mnie działa” KOL. 1,29 — mówił apostoł Paweł.

Jakub w krytycznym momencie swego życia uciekał się do modlitwy. Miał tylko jedno gorące pragnienie: zmienić charakter. Podczas wołania do Boga porwał się na niego ktoś, jakby nieprzyjaciel, i mocował się z nim całą noc na śmierć i życie. Zamiar jego nie zmienił się jednak mimo niebezpieczeństwa. Gdy go już siły zaczęły opuszczać, wtedy mocujący się z nim użył swej boskiej mocy, a Jakub poznał przez Jego dotknięcie, z kim się mocował. Cierpiący i bezsilny upadł na pierś Zbawiciela i prosił o błogosławieństwo. Nie dał się odprawić i nie przestał prosić, aż Chrystus przychylił się do prośby bezsilnej i skruszonej duszy, według swej obietnicy IZ. 27,5. Jakub rzekł zdecydowany: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz” I MOJŻ. 32,26. Patriarcha został natchniony duchem wytrwałości przez Tego, z którym się mocował. Ten dał mu też zwycięstwo i zmienił jego dotychczasowe imię Jakub na Izrael mówiąc: „Boś sobie mężnie poczynał z Bogiem i przemogłeś”. O co Jakub o własnych siłach daremnie walczył, to zdobył przez poddanie się i silną wiarę. „A zwycięstwo, które zwyciężyło świat, to wiara nasza” I JANA 5,4.

„STRZEŻCIE SIĘ FAŁSZYWYCH PROROKÓW” MAT. 7,15

Powstaną fałszywi nauczyciele, aby odwieść was od wąskiej drogi i ciasnej bramy. Wystrzegajcie się ich, bo choć w owczym odzieniu, to w rzeczywistości są drapieżnymi wilkami. Jezus daje nam środek probierczy do odróżnienia nauczycieli fałszywych od prawdziwych: „Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni, albo z ostu figi?” MAT. 7,16.

Nie powiedziano nam, że poznamy ich po pięknych i wzniosłych przemówieniach; mają być oceniani przy pomocy Słowa Bożego. „A co dotyczy zakonu i objawienia: Jeżeli tak nie powiedzą, to nie zabłyśnie dla nich jutrzenka” IZ. 8,20. Jakie poselstwo zwiastują ci nauczyciele duchowi? Czy prowadzi was ono do bojaźni Bożej i oddania Mu czci? Czy nawołują was do tego, żebyście przez wierność względem przykazań Bożych okazali swą miłość do Stwórcy? Jeżeli nie podkreślają ważności zakonu moralnego, jeżeli lekceważą nakazy Boże, jeżeli łamią jedno z najmniejszych przykazań Bożych, ucząc tak ludzi, wówczas nie będą w niebie. A my możemy wiedzieć, że ich pretensje do duchowego przewodnictwa są nieuzasadnione. Wykonują właśnie to dzieło, które ma swój początek w księciu ciemności, w szatanie.

Nie wszyscy bowiem są chrześcijanami, którzy noszą imię i znamię Chrystusa. Jezus mówi, że wielu nauczających w Jego imieniu zostanie odrzuconych. „W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu Twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów, a wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie” MAT. 7,22.23.

Są ludzie, którzy myślą, że postępują dobrze, a w gruncie rzeczy czynią nieprawość. Właśnie gdy zdaje im się, że uznają Chrystusa za swego Pana i czynią w Jego imieniu wielkie rzeczy, w rzeczywistości są narzędziami niesprawiedliwości. Co jest miłego, „przytakują (…), lecz ich serce lgnie do nieuczciwych zysków” EZECH. 33,31. Jeżeli im kto zwiastuje Słowo Boże, tedy wydaje im się ono „jak piewca miłości z pięknym głosem i pełną wdzięku grą na strunach lutni; oni wprawdzie słuchają twoich słów, lecz według ich nie postępują” EZECH. 33,32.

Samo uważanie się za ucznia Jezusa nie ma żadnej wartości. Wiara w Chrystusa, który ratuje duszę, nie jest taka, jak ją wielu ludzi okazuje. „Wierzcie, wierzcie tylko”, mówią, „przykazań nie potrzebujecie zachowywać”. Ale wiara bez posłuszeństwa nie ma znaczenia. Apostoł Jan mówi: „Kto mówi: znam go, a przykazań jego nie zachowuje, kłamcą jest i prawdy w nim nie ma” I JANA 2,4. Nikt nie powinien sądzić, że nadzwyczajne znaki lub nadprzyrodzone objawienia są dowodem właściwego postępowania lub prawdziwości głoszonej nauki. Jeżeli ktoś wyraża się lekceważąco o Słowie Bożym stawiając swe wrażenia, uczucia i doznania ponad prawa boskie, to jasne jest, że nie znajdzie się pod wpływem Ducha Świętego.

Posłuszeństwo jest probierzem uczniostwa. Przez zachowywanie przykazań dowodzimy, że nasza miłość do Boga jest prawdziwa. Jeżeli nauki, które przyjęliśmy, niszczą grzech w sercu, oczyszczając duszę z plam i uświęcają człowieka, to możemy uważać je za prawdę Bożą. Jeżeli w życiu naszym przejawi się dobroczynność, dobroć, delikatność, współczucie, jeżeli mieszka w nas pragnienie czynienia sprawiedliwości, jeżeli wywyższymy Chrystusa, a nie samych siebie, możemy wiedzieć, że nasza wiara jest prawdziwa. „A z tego wiemy, że go znamy, jeśli przykazania jego zachowujemy” I JANA 2,3.

„ALE ON NIE RUNĄŁ, GDYŻ BYŁ ZBUDOWANY NA OPOCE” MAT. 7,25

Mowa Jezusa poruszyła lud do głębi. Boskie piękno tych zasad pociągało go, a uroczyste napomnienia Zbawiciela spływały nań jak głos Boży przenikający serca. Słowa te trafiały w sedno pielęgnowanych dawniej myśli i pojęć ludu. Przestrzeganie nauki Jezusa oznaczało całkowitą zmianę sposobu myślenia i postępowania. Rozumieli, że to poróżniłoby ich z nauczycielami religii i doprowadziłoby do obalenia całego gmachu, nad którym rabini pracowali już od wieków. Tak więc, choć serca ludzi reagowały na Jego słowa, niewielu było gotowych przyjąć je jako regułę swego życia.

Jezus zakończył swoje Kazanie na Górze ilustracją, która jaskrawo naświetliła znaczenie stosowania Jego słów. Wśród zgromadzonych wokół Zbawiciela było wielu takich, co swoje życie spędzili w pobliżu Morza Galilejskiego.

Siedząc u wzgórza i przysłuchując się słowom Jezusa mogli widzieć doliny i wąwozy, przez które rzeki z gór torowały sobie drogę do jeziora. Latem rzeki te częściowo wysychały pozostawiając zupełnie suche koryto. Ale gdy tylko zimowe burze rozszalały się ponad wzgórzami, wówczas te rzeki przemieniały się w dzikie i gwałtowne strumienie, zalewając doliny i porywając wszystko w swe nurty. Nawet domki wieśniaków, pobudowane na zielonych dolinach w przeświadczeniu, że są poza zasięgiem niebezpieczeństwa, często padały ofiarą żywiołu. Ale wysoko na wzgórzach stały domki zbudowane na opoce. W niektórych miejscach wykuto domki wprost w skale, które już ponad tysiąc lat stawiały czoło nawałnicom. Wybudowanie takiego domku wymagało wiele pracy i trudu. Dostęp do niego był uciążliwy, a jego progi wydawały się mniej gościnne niż domów położonych w dolinie. Były one jednak zbudowane na opoce, a więc wiatry, potoki i burze nie mogły ich naruszyć.

Jezus mówił, że każdy przyjmujący Jego słowa jako podstawę swego życia i charakteru podobny jest budującym dom na opoce. Już setki lat przedtem pisał prorok Izajasz: „Słowo Boga naszego trwa na wieki”, a apostoł Piotr przytaczając słowo Izajasza długo po Kazaniu na Górze dodaje: „A jest to Słowo, które wam zostało zwiastowane” I PIOTRA 1,25. Słowo Boże jest jedyną trwałą wartością w tym świecie. Jest pewnym fundamentem. „Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą” MAT. 24,35.

Wzniosłe zasady zakonu, zasady charakteru Bożego są zawarte w słowach Kazania na Górze. Kto się w tych słowach utwierdza, ten buduje na Opoce zbawienia. Przyjmując je, przyjmujemy Chrystusa, a ci, którzy w ten sposób przyjmują słowa Chrystusa, budują na Nim. „Albowiem fundamentu innego nikt nie może założyć oprócz tego, który jest założony, a którym jest Jezus Chrystus” I KOR. 3,11. „I nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni” DZ. 4,12. Chrystus, owo Słowo i objawienie charakteru zakonu i miłości Bożej, jest niewzruszonym fundamentem, na którym możemy budować nasz charakter, fundamentem, który trwać będzie na wieki.

Na Chrystusie budujemy wtenczas, gdy przestrzegamy Jego słów; nie ten jest sprawiedliwy, kto się cieszy sprawiedliwością, ale ten kto ją stosuje w życiu. Świętość nie jest zachwytem, ale wynikiem zupełnego oddania się Bogu, wykonywaniem woli Ojca niebieskiego.: Gdy Izraelczycy obozowali przy granicy ziemi obiecanej, to nie wystarczyło im, że posiadali znajomość tej krainy i mogli śpiewać pieśni o Chrystusie; tylko tym nie byliby objęli w posiadanie tego wspaniałego kraju. Mógł się stać ich własnością tylko przez zdobycie, przez wypełnienie wszystkich stawianych im warunków, przez żywą wiarę w Boga i w dane im obietnice. Chrześcijaństwo polega na wypełnianiu słów Chrystusa, nie dla pozyskania przychylności Bożej, lecz z wdzięczności za dary Jego miłości, otrzymane zupełnie w nie zasłużony sposób. Chrystus nie uzależnia zbawienia od ustnego wyznania, lecz od wiary, która się przejawia w uczynkach sprawiedliwości. Uczynków, a nie tylko słów, żąda się od naśladowcy Chrystusa, gdyż przez uczynki wyrabia się charakter. „Bo ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi” RZYM. 8,14. Nie ci są dziećmi Bożymi, których serca zostają poruszone przez Ducha Świętego i którzy od czasu do czasu ulegają Jego wpływowi, lecz tacy, którzy są prowadzeni przez Ducha Świętego.

Czy chciałbyś zostać naśladowcą Chrystusa, a nie wiesz, jak to rozpocząć? Czy jesteś w ciemności duchowej i nie wiesz, jak znaleźć światło? Postanów postępować według tego, co już znasz ze słowa Bożego. W Jego bowiem Słowie ukryta jest moc i prawdziwe życie. Jeżeli przyjmujesz to Słowo w wierze, wówczas udzieli ono tobie siły do posłuszeństwa. Postępując według posiadanego światła, otrzymasz więcej światła. Jeżeli budujesz na Słowie Bożym, to i twój charakter rozwinie się na wzór charakteru Chrystusa.

Chrystus, ów prawdziwy fundament, jest kamieniem żywym. „I wy sami, jako kamienie żywe, budujecie się w dom duchowy, w kapłaństwo święte” I PIOTRA 2,5, „na którym cała budowa mocno spojona rośnie w przybytek święty w Panu” EFEZ. 2,21. Kamienie łączą się z fundamentem, gdyż cała budowa stanowi jedność. Budynku tego żadna burza zniszczyć nie może.

Żaden budynek duchowy mający inny fundament zamiast słowa Bożego nie ostoi się. Kto podobnie do ludzi z czasów Chrystusowych buduje na fundamencie ludzkich tradycji, na formalizmie i ceremoniach, lub jakichkolwiek czynach, które może czynić niezależnie od łaski Chrystusa, ten buduje swój dom duchowy na piasku. Gwałtowne burze pokuszeń porwą piaszczysty grunt, a dom ten zostanie rozbity. Dlatego tak mówi Wszechmocny Pan: „Oto Ja kładę na Syjonie kamień (…) wypróbowany, kosztowny kamień węgielny, mocno ugruntowany (…) I uczynię prawo miarą, a sprawiedliwość wagą. Lecz schronienie kłamstwa zmiecie grad, a kryjówkę zaleją wody” IZ. 28,16.17.

Dziś jeszcze jest miłosierdzie dla grzeszników. „Jakom żyw — mówi Wszechmocny Pan — nie mam upodobania w śmierci niezbożnego, a raczej, by się niezbożny odwrócił od swojej drogi, a żył. Zawróćcie, zawróćcie ze swoich złych dróg! Dlaczego macie umrzeć” EZECH. 33,11. Głos mówiący jeszcze dziś do niepokutujących jest głosem Tego, który widząc umiłowane miasto, w głębokim smutku wołał: „Jeruzalem, Jeruzalem, które zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie byli posłani, ileż to razy chciałem zgromadzić dzieci twoje, jak kokosz zgromadza pisklęta swoje pod skrzydła, a nie chcieliście. Oto wasz dom pusty wam zostanie” ŁUK. 13,34.35.

W Jeruzalem widział Jezus świat, który porzucił łaskę, wzgardziwszy nią. On płakał nad wami, o uparte serca! Nawet jeszcze wtedy, gdy Jezus wylewał łzy z powodu Jeruzalem, mogło się to miasto opamiętać i uniknąć swego losu. Tak ma się sprawa i z tobą, o serce! Chrystus jeszcze mówi głosem miłości: „Oto stoję u drzwi i kołaczę; jeśli ktoś usłyszy głos mój i otworzy drzwi, wstąpię do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną” OBJ. 3,20. „Oto teraz czas łaski, oto teraz dzień zbawienia” II KOR. 6,2.

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz