Niezdecydowani

Wiadomości z krajów dotkniętych konfliktem zbrojnym oglądamy z zaciekawieniem i współczuciem. Wzdychamy nad trudnym położeniem, w jakim się znalazły, nad losem ofiar klęski humanitarnej, rozprawiamy o okrucieństwie sił zbrojnych w Syrii, Jemenie czy u naszych sąsiadów na wschodzie Ukrainy.

Kiedy nie tak dawno Grecja, będąca częścią Wspólnoty Europejskiej, przeżywała zapaść finansową, a katastrofa gospodarcza wyprowadziła mieszkańców Wenezueli na ulice, naszym głównym zmartwieniem było pytanie, jakie to będzie miało skutki dla naszego krajowego rynku i prywatnego portfela.

Tak długo jak problem nie dotyka nas bądź naszych bliskich osobiście, tak długo śpimy spokojnie. Możemy wtedy razem z przyjaciółmi, sącząc naszą ulubioną kawę, bezpiecznie szafować swoimi bardziej lub mniej idealistycznymi poglądami. Takie nastawienie zmienia się wówczas, gdy zagrożone są nasze bezpieczeństwo i spokój. Wówczas nasz światopogląd, bez względu na to, jak wzniosły, zostaje zweryfikowany.

Przywiązanie do statusu społecznego, do względnego komfortu życia, jest w nas nieuświadomione. Powszechnie i groteskowo zdemaskowane w momencie walki o ostatnie paczki papieru toaletowego (jak się okazuje, towaru niezbędnego na czas kryzysu) staje się bolesną i gorzką refleksją nad ludzką naturą. Tak ciężko nam zrezygnować z wygód, do których jesteśmy przyzwyczajeni, nawet za cenę idei.

Niestety my, chrześcijanie, nie jesteśmy wyjątkiem. Lubimy wiedzieć, że Boże błogosławieństwo oznacza spokój i dobrobyt. Przynależność do grona Bożych dzieci zdaje się uprawniać nas do oczekiwania pomyślności. Nie chodzi o to, że chcemy wszyscy być bogaci (chociaż raczej nie stawialibyśmy oporu), ale liczymy na to, że po prostu będzie nam się powodziło. O kosztach uczniostwa, innymi słowy naśladowania Chrystusa, mówimy wzniośle i z powagą, bynajmniej nie dlatego, że jesteśmy gotowi je ponieść. Mechanizm się powtarza. Patrząc z perspektywy domniemanej przyszłości (gdzieś, kiedyś), możemy snuć wspólnie bogobojne plany, ale kiedy widzimy, że te wyrzeczenia nadchodzą, są blisko (tu i teraz), nasza wiara się chwieje. To żadna nowość, że im więcej masz, tym bardziej boli, kiedy to tracisz.

Spójrzmy na słowa Apostoła Pawła, tak często i chętnie zamieszczane przez nas na sztandarach: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia [w Jezusie Chrystusie]” (List do Filipian 4,13). Werset ten pozbawiony kontekstu tworzy nadużywane dla celów marketingowych kuriozum. Odczytany właściwie odtwarza obraz człowieka, który: „Umie żyć biednie i bogato. Potrafi dostosować się do każdej sytuacji: i jeść do syta, i głodować, i żyć bogato, i żyć ubogo” (Fil 4,12) – jest w stanie znieść to wszystko ze względu na misję głoszenia Ewangelii, której podporządkował swoje życie. Bo Apostoł narodów wie, że jest to możliwe nie ze względu na jego siły, ale ze względu na moc Jezusa Chrystusa działającą w nim.

Sam Jezus, ten, który choć jest Synem Bożym, „nie miał gdzie głowy położyć” (Ew. Mateusza 8,20), też spotykał na swojej drodze ideowców, którzy widzieli się u Jego boku, porwani atmosferą, nie gotowością do poświęcenia:

– ‘Pójdę tam, gdzie mnie poślesz’ – oczywiście jeśli wiem, gdzie to jest, i mają tam ciepłą wodę w kranie (Ew. Mateusza 8,19-20);

– ‘Jestem gotowy zawsze wtedy, kiedy będę potrzebny’ – ale nie w przeciągu najbliższych 6 miesięcy, bo czeka mnie awans (Ew. Mateusza 8,21-22);

– ‘Jestem gotowa przestrzegać wszystkich Twoich przykazań’ – jeśli tylko nie będę musiała zrezygnować z obecnego poziomu życia (Ew. Mateusza 19,16-23).

To biblijne historie, w których możemy się przejrzeć jak w lustrze. Ich bohaterowie to niezdecydowani.

Jezus, zwracając się wielokrotnie do swoich uczniów i tłumów idących za Nim, wskazuje na możliwe powody niezdecydowania. Były to poczucie bezpieczeństwa, opinia społeczna (Ew. Łukasza 9,23-27), dobra materialne (Ew. Marka 10, 23-25), władza (Ew. Mateusza 9, 24-28), spektakularna duchowość (Ew. Mateusza 7, 21-23), a nawet rodzina (Ew. Łukasza 14,26). Nie czyni tego przez wzgląd na swoje ego czy zachłanność, ale przez wzgląd na cześć należną naszemu Stwórcy i dla naszego dobra. Wszystko po to, abyśmy przez grzeszną naturę nie uczynili sobie z piękna, które powołał dla nas Bóg – pokoju, dobrobytu, przywództwa, miłości, więzi rodzinnych – bożków, które odbiorą to, co należne jest tylko Jemu.

Wiemy, że jesteśmy od Boga, ale cały świat spoczywa w mocy Złego. Wiemy też, że Syn Boży przyszedł i dał nam umysł zdolny do poznawania Prawdziwego. Należymy więc do Prawdziwego, do Jego Syna, Jezusa Chrystusa. On jest prawdziwym Bogiem i życiem wiecznym. Dzieci, strzeżcie się bożków!”. To wezwanie z Pierwszego listu Jana (5,20-21) nabiera dzisiaj szczególnego znaczenia. Bo oto chociaż nie podoba nam się to, co wokół nas, to musimy pamiętać, że naszym zadaniem jest takie interpretowanie rzeczywistości oraz naszej w niej roli, jakie daje nam Bóg przez metanoję [gr.] – odnowiony, nowy sposób myślenia.

Według Tima Kellera, autora pozycji „Fałszywi bogowie”, bożek w naszym życiu to: „każda rzecz, która jest dla nas ważniejsza od Boga, każda rzecz, która absorbuje nasze serce i wyobraźnię bardziej niż Bóg, każda rzecz, z której próbujemy czerpać to, co jedynie Bóg może nam dać”. Tak przedstawiona definicja jeszcze nie zmusza nas do refleksji, bo nasz wrodzony grzeszny mechanizm obronny upewni nas, że w naszym życiu takich rzeczy nie ma. Dlatego Keller pisze dalej: „Bóstwo ma tak wielką władzę w naszym sercu, że jesteśmy gotowi poddać mu wszystkie pragnienia i wysiłki, wszystkie zasoby emocjonalne i finansowe, nawet się nad tym nie zastanawiając. Mogą nim być rodzina i dzieci, kariera i zarabianie pieniędzy, osiągnięcia i sława czy nawet ratowanie reputacji i pozycji społecznej. Mogą nim być romantyczna relacja, uznanie współpracowników, kompetencje i umiejętności, wygoda i bezpieczeństwo, piękno i intelekt, działalność polityczna lub społeczna, moralność i cnota, a nawet sukces w służbie chrześcijańskiej. (…) Bóstwem jest każda rzecz, na którą, patrząc, mówimy w głębi serca: jeśli to zdobędę, moje życie będzie miało znaczenie, będę wiedział, że jestem kimś, poczuję się silny i bezpieczny”.

Te bożki dobrze się mają w naszej spokojnej codzienności. Rosną w siłę pod sprzyjającym cieniem naszego niezdecydowania. Demaskuje je wszystko, co wytrąca nas z równowagi, na przykład kryzys. Wystarczy kilka pytań zadanych dzisiaj, w obliczu pandemii i jej skutków: Czy wciąż będziesz pełen wiary, kiedy lodówka już nie będzie pełna? Czy będziesz chwalić Boga za Jego dobroć, kiedy kolejna pensja nie przyjdzie? Czy twoje zaufanie w Bożą opiekę nie zmieni się, jeśli ty lub twoi bliscy zostaną zakażeni? Jak długo ty i twoja rodzina będziecie częścią Kościoła, jeśli nie będziecie mogli go zobaczyć, nawet wirtualnie? Pomyśl teraz, czego tak naprawdę nie jesteś gotów stracić.

Jezus mówił, że aby zyskać spełnione życie, najpierw trzeba je stracić. Jakże dobitnie to brzmi w Jego ustach. Ten, który zostawił wszystkie przywileje władcy, stał się sługą. Uniżył się, aby na końcu oddać wszystko. Zupełnie ogołocony z majestatu. Nic nie stało ponad posłuszeństwem Ojcu. To nie było bezcelowe. Dzisiaj ty i ja, tylko ze względu na wydarzenia z Golgoty, „możemy wszystko, w Tym, który nas umacnia”.

Jedynym sposobem, aby wyzwolić się z niszczącego wpływu fałszywych bóstw, jest zwrócenie się ku prawdziwemu Bogu (…), który – jeśli Go odnajdziesz – może dać ci prawdziwe spełnienie, a jeśli Go zawiedziesz, może prawdziwie ci przebaczyć” – pisze Keller.

Lubimy czasem usłyszeć, że „wszystko będzie dobrze”. I właśnie to Bóg, mówi dzisiaj do nas. Tylko czy jesteśmy zdecydowani?

#zostańwdomu
#zostańwpokoju


Artykuł pochodzi ze strony Społeczności Chrześcijańskiej Zachód.

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz