Od tygodni, a tak naprawdę właściwie już od miesięcy, w coraz jaskrawszych barwach widzimy to, co nie tyle na mniejszą skalę, ile o innym natężeniu okrucieństwa działo się od lat – rosnące prześladowanie chrześcijan w krajach muzułmańskich. Wcześniej w Nigerii (kraju na poły islamskim) czy Sudanie, a później w Syrii i Iraku dokonuje się bezprzykładna rzeź wyznawców Chrystusa dokonywana w imię nauki Allacha1.

Wielu z nas łudzi się, że to przejściowe, że minie, a sytuacja się uspokoi i wróci do normy. Ale co jest normą? Oto co najmniej od 2001 roku mamy do czynienia z wojną wypowiedzianą cywilizacji judeochrześcijańskiej przez radykalny islam. I nic nie wskazuje na to, aby w przewidywalnym czasie konflikt ów miał się skończyć.

Część I

Czas na konflikty nowego typu

Raptem osiem lat przed atakiem na World Trade Center amerykański politolog Samuel Huntington w prestiżowym piśmie „Foreign Affairs” opublikował artykuł (rozwinięty w wydanej trzy lata później książce) zatytułowany The Clash of Civilizations? (Zderzenie cywilizacji?). Główna teza jego tekstu brzmiała: w najbliższej przyszłości czekają nas konflikty innego typu niż np. niewiele wcześniej zakończona Zimna Wojna – będą to starcia pomiędzy cywilizacjami, a ich źródłem będą różnice kulturowe, będące efektem podziałów religijnych. Teza ta spotkała się z dużym sprzeciwem kręgów „postępowych”2, wciąż pełnych nadziei na powodzenie projektu „multi-kulti”(idei wielokulturowości), pokojowego współistnienia i harmonijnego rozwoju różnych kultur w ramach wspólnego świata. A jednak każdy następny rok, od ukazania się tego artykuły (i to z coraz większą intensywnością) zdaje się przyznawać rację zmarłemu w 2008 r. Amerykaninowi.

Czasem dzieje się to w sposób zupełnie zaskakujący. Z czym ostatnio możemy się spotkać w części Ukrainy opanowanej przez rosyjskich separatystów. Dochodzi tam do licznych aktów przemocy wobec protestantów (szczególnie pastorów), którzy są porywani, bici, a nawet zabijani. „Według Siergieja Rachuby, z chrześcijańskiej służby Russian Ministries i stowarzyszenia »Duchowe odrodzenie«, rebelianci uważają ewangelicznych chrześcijan za wrogów, kojarząc ich z niemoralnością Zachodu. Z ich punktu widzenia, na prawosławnej Rusi nie ma miejsca dla tegowyznania. Separatyści chcą ustanowić prawosławne chrześcijaństwo w swoim rejonie. W jednym z miasteczek publicznie oświadczyli, że ich wojna jest wojną religijną. Powiedzieli, że będą walczyć za swoje prawosławne zasady i wiarę, a każdy protestant albo zagraniczny przedstawiciel jakiejkolwiek wiary jest ich wrogiem. Oni chcą wyprzeć ewangelicznych chrześcijan z tego regionu – wyjawił Rachuba”.

Gorzej niż za Nerona

To jednak tylko epizod, natomiast sednem problemu jest narastająca z roku na rok brutalność islamistów. Jej głównym ogniskiem jest i to nie tylko w ostatnich miesiącach, Irak oraz Syria. W tym pierwszym kraju terror trwa od 2003 r. W wyniku kilkudziesięciu ataków na kościoły, licznych zabójstw, porwań i gwałtów, w ciągu 10 lat kraj ten opuściło ponad milion chrześcijan. A w tym roku sytuacja jeszcze się pogorszyła i to znacznie.

Zdaniem Andrew White’a, pastora kościoła anglikańskiego w Bagdadzie, w tym czasie zamordowano 1026 wiernych z jego zgromadzenia, w tym 58 zaledwie jednego dnia.

Trwająca od marca 2011 r. wojna domowa w Syrii pociągnęła za sobą kilkadziesiąt tysięcy ofiar. Spośród nich wiele stanowią chrześcijanie, których przed jej wybuchem było 1,3 mln. Teraz kilkaset tysięcy z nich jest bezdomnymi uchodźcami. A i tak należą do tych szczęśliwszych, którzy ocalili życie. Szczególnie okrutni muzułmańscy fanatycy z organizacji „Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie (ISIS)”, próbujący na ziemiach pomiędzy Irakiem a Syrią powołać do życia ściśle religijne państwo, kierujące się wyłącznie zasadami Koranu, postawili sobie za cel dokonać eksterminacji (lub w najlepszym przypadku wygnania) wszystkich mieszkających tam od początków chrześcijaństwa wyznawców Chrystusa. Podobne cele przyświecają bojówkarzom z organizacji Boko Haram, którzy z północnej Nigerii chcą uczynić państwo czysto muzułmańskie.

Ciężka sytuacja panuje też w Republice Środkowoafrykańskiej za sprawą islamistycznej rebelii ruchu Séléka, wcale nie lepsza w Egipcie i w wielu pobliskich państwach. Na Bliskim Wschodzie, gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu chrześcijanie stanowili 20 proc. mieszkańców (głównie wyznawcy tzw. kościołów przechalcedońskich sięgających swą historią starożytności), obecnie zostało ich już tylko 4 proc.

Podwójna klęska islamu

Sytuacja ta dowodzi przynajmniej dwóch rzeczy. Po pierwsze jest dowodem na ideologiczną porażkę islamu. Religia ta od XVIII w. nie notuje żadnych poważnych sukcesów na polu misyjnym, a jej wzrost liczebny jest wyłącznie efektem niezwykle wysokiego przyrostu naturalnego. Ostatnim osiągnięciem było dokończenie zislamizowania Malajów w wieku XVIII (rozpoczęte jednak już w XIII stuleciu). Także w Czarnej Afryce nie zdołano przesunąć zasięgu swoich wpływów poza granicę osiągniętą już w XV w. W tym samym czasie ma miejsce bezprzykładna ekspansja chrześcijaństwa dokonywana metodami czysto perswazyjnymi. W dodatku

od końca XX w. w tradycyjnie muzułmańskich krajach arabskich daje się zauważyć znaczny wzrost nawróceń na chrześcijaństwo, co nie uszło uwagi tamtejszych przywódców religijnych, bezradnych wobec rosnącej popularności religii Isy (jak muzułmanie nazywają Jezusa). To rodziło coraz większą frustrację.

Po drugie, od XVIII w. państwa muzułmańskie pozostają daleko w tyle za Europą (a później także Ameryką) jeśli chodzi o znaczenie polityczne i potęgę militarną. Imperium Otomańskie obejmujące swoim zasięgiem większość terenów muzułmańskich od klęski doznanej pod Wiedniem w 1683 roku, z każdym stuleciem słabło coraz bardziej, aż do klęski poniesionej podczas pierwszej wojny światowej, zakończonej jego rozpadem. Muzułmanie czuli się upokorzeni dominacją polityczną, gospodarczą i kulturalną chrześcijan, rozciągającą się także na Północną Afrykę i Bliski Wschód. Po powstania państwa Izrael i kolejnych klęskach ponoszonych w wojnach z nim począwszy od roku 1948, frustracja była tym większa – skoro niezwyciężony przeciwnik był tak miniaturowych rozmiarów. I nie była w stanie tego zmienić hossa związana z bajecznymi dochodami ze sprzedaży ropy naftowej. Cywilizacja islamu zostawała coraz bardziej w tyle za swoim chrześcijańskim rywalem. I nie miało znaczenia, że słowo „chrześcijański” w odniesieniu do Europy po II wojnie światowej coraz bardziej traciło swój pierwotny sens. Klasa średnia i wyższa w społeczeństwach muzułmańskich coraz bardziej się europeizowała jeśli chodzi o styl życia, a jej coraz większa obojętność w stosunku do islamu, po raz kolejny dowodziła słabości tej religii i towarzyszącej jej cywilizacji. Po jej kulturowej świetności doby wczesnego średniowiecza dawno już nie było śladu.

Część II

Skąd się wzięli islamiści?

I wtedy pojawili się Bracia Muzułmanie albo Bractwo Muzułmańskie. Ta organizacja o charakterze zarówno religijnym, jak i społeczno-politycznym (to charakterystyczne dla świata islamu – tak samo działa chociażby Hamas) powstała w roku 1928 w Egipcie (obecnie ma swoje filie w 70 krajach świata). Jej założenie było wyrazem sprzeciwu wobec sekularyzacji jaka następowała w krajach muzułmańskich,której efektem było uleganie wpływom kultury zachodniej. W reakcji na to Bracia żądali powrotu do zasad Koranu i prawa szariatu. Były to działania młodych muzułmanów, rozczarowanych postawą swojego społeczeństwa, nie dość wiernie przestrzegającego zasad islamu. Postawili sobie za cel pracę wychowawczą, która stopniowo przeradzała się w polityczną, a następnie terrorystyczną3.

Sowieci otwierają puszkę Pandory

Po drugiej wojnie światowej światem islamu (a w każdym razie sporą jego częścią) na długie lata zawładnęli socjaliści, sprzymierzeni ze Związkiem Sowieckim, otrzymujący z Moskwy pomoc gospodarczą i wojskową, użyteczni dla jej polityki konkurowania z Zachodem. Jednak najpierw inwazja ZSRS na Afganistan w 1979 roku, a później rozpad systemu sowieckiego zmieniły tę sytuację. Stopniowo górę zaczęli brać islamiści, dążący do wprowadzenia państwa wyznaniowego, rządzonego zgodnie z zasadami prawa religijnego – szariatu.

Represje afgańskich komunistów i inspirowana przez sowieckich doradców walka z religią doprowadziła tam do powszechnej rebelii, w której czynnikiem jednoczącym były idee islamu. Okrucieństwo sowieckich żołnierzy, bezwzględnie pacyfikujących afgańskie wsie, zradykalizowało opór. W lutym 1989 r. armia sowiecka – w ten sposób przyznając się do porażki – opuściła Afganistan.

Świadomość, że muzułmanie zdołali pokonać wielki, znacznie bogatszy, lepiej rozwinięty kraj „niewiernych”, w połączeniu z sukcesem rewolucji islamskiej w Iranie (dokonanej w 1979 r. za sprawą ajatollaha Chomeiniego) przyczyniła się do obudzenia radykalnej myśli islamskiej. Jeszcze w 1988 r. powstała Al-Ka’ida, której pierwotnym celem była walka z Sowietami w Afganistanie. Sześć lat później mułła Muhammad Omar, jeden z dowódców afgańskich mudżahedinów z czasów wspomnianej wojny, założył ruch talibów, którego celem było wprowadzenie w życie idei islamizmu.

Zdaniem amerykańskiego politologa Daniela Pipesa islamizm jest radykalną formą odpowiedzi świata muzułmańskiego na dominację kultury zachodniej, w kontraście do ulegającego jej sekularyzmu i umiarkowanego reformizmu. Sami islamiści uważają, że wyznawcy Mahometa zostali zdominowani przez Zachód, ponieważ nie są dobrymi naśladowcami Proroka. Dlatego jedynym sposobem powrotu do dawnej chwały islamu jest ponowne zwrócenie się w stronę tradycji i to tej w radykalnym wydaniu. Dlatego trzeba odrzucić wszelkie przejawy wpływów Zachodu: obyczaje, wartości, instytucje polityczne, a przede wszystkim wpływy religii „niewiernych” – chrześcijaństwa. Wierne przestrzeganie tradycji można osiągnąć jedynie przez podporządkowanie się prawu szariatu.

Stąd już tylko krok do wyrugowania chrześcijan, a także wszystkich „zdrajców”, którzy ulegli kulturze Zachodu. I to wyrugowania rozumianego w zgodzie z tradycją – radykalnie i bezlitośnie.

Część III

Perspektywa chrześcijańska

Jakie z tego wszystkiego płyną wnioski dla nas, chrześcijan? Jest ich niemało. Po pierwsze, czas się przygotowywać na czasy naprawdę ostateczne. Konflikt dwóch cywilizacji – i to niezależnie od postępującej sekularyzacji świata Zachodu – będzie postępował. A to dlatego, że dla islamistów złem jest nie tylko chrześcijaństwo jako takie, ale także wszystkie, choćby pośrednie produkty cywilizacji, które w przeszłości ono stworzyło, takie jak demokracja, wolność sumienia i wolność wyboru. Niezmierzone bogactwo płynące ze sprzedaży ropy naftowej nie przełożyło się ani na wzrost znaczenia krajów muzułmańskich, ani nawet na wzrost ich zamożności (poza niewielkimi państwami jak Katar, Kuwejt, Oman czy ZEA i większą Arabią Saudyjską). A to wciąż rodzi nieprzeliczone rzesze bojowników gotowych umierać (i mordować) w imię odbudowywania dumy i powrotu do wierności Allachowi, co ciekawe w większości rekrutowanych w tych zdecydowanie biedniejszych państwach muzułmańskich, jak Jemen, Jordania, Somalia, bądź wśród rozsianych po całym Bliskim Wschodzie Palestyńczyków.

Kto wygrywa tę wojnę?

Ale zostawmy na razie przyszłość i skupmy się na teraźniejszości. Jak powinniśmy patrzeć na ten problem z perspektywy biblijnej? I tu pojawia się nasz wniosek numer dwa: pomimo niewyobrażalnie bolesnych strat Kościół tę walkę wygrywa. Jako to, skoro wcześniej powiedzieliśmy, że na Bliskim Wschodzie liczba chrześcijan w ciągu półwiecza zmalała z 20 do zaledwie 4 proc.? Mamy do czynienia z wielką próbą jakiej zostało poddane tamtejsze chrześcijaństwo. I chociaż może zabrzmieć to bezdusznie – Kościół tę próbę wygrywa. Niemal zawsze – i w Syrii, Iraku czy Nigerii chrześcijanie otrzymują „propozycję”: możecie przejść na islam i żyć spokojnie, albo…

Czy słyszmy o tysiącach apostatów, odstępców od wiary, którzy przystali do wyznawców Allacha, wypowiadając szahadę – muzułmańskie wyznanie wiary? Nie, słyszymy o setkach i tysiącach już męczenników i setkach tysięcy uchodźców.

Gdyby było inaczej, muzułmanie chętnie pochwaliliby się swoim „misyjnym” sukcesem. Odstępcy pojawią się zawsze (nie piszę tego, aby ich potępiać – nie po tym, czego dowiedziałem się na temat działań ISIS, które potępił nawet libański Hezbollah). A jednak mamy do czynienia z inną sytuacją niż w VII wieku, kiedy chrześcijańskie wówczas tereny dzisiejszej południowej Turcji, Iraku, Syrii, Libanu, Egiptu i całej Północnej Afryki podbijali muzułmanie. Wówczas na tych zdobytych terenach znaczna część chrześcijan po prostu przeszła na islam4 – i to nie z obawy o swoje życie, ale z powodów czysto merkantylnych: możliwości płacenia niższych podatków.

Wypada więc w tej sytuacji odwołać się do słów Tertuliana z czasów rzymskich prześladowań: „Krew męczenników jest nasieniem chrześcijaństwa”, na którym będą rośli następcy – także, jak uczy nas tego historia, wywodzący się z dzisiejszych prześladowców. Islam takiej siły oddziaływania nigdy nie miał. Dlatego zarówno wówczas, jak i teraz musi się odwoływać do przekupstwa lub przemocy.

To prowadzi nas do trzeciego wniosku, niezbyt dla nas miłego, który poprzedzę pytaniem: co Bóg chce nam, chrześcijanom Zachodu, przez to pokazać, czego nauczyć, do czego przygotować? Chrześcijaństwo w Europie niewątpliwie czekają trudne (z naszej perspektywy) czasy: wzrastającej wrogości ze strony mediów, polityków oraz różnej maści wojujących racjonalistów i ateistów, a także coraz pewniejszych siebie europejskich islamistów, szybko uczących się korzystać ze swoich praw – ograniczających prawa nasze. Jezus w przypowieści o siewcy powiedział: „A posiany na gruncie skalistym, to ten, kto słucha słowa i zaraz z radością je przyjmuje, ale nie ma w sobie korzenia, nadto jest niestały i gdy przychodzi ucisk lub prześladowanie dla słowa, wnet się gorszy” (gr. skandalidzetai – potyka się; Mt 13:20-21). Ewidentnie w Europie kończy się czas wolności religijnej dla chrześcijan, choć dziś takie stwierdzenie może u wielu wywołać uśmiech politowania. Uczmy się więc od naszych braci i sióstr w wierze, żyjących w nieporównywalnych warunkach fizycznego zagrożenia – wiary, wytrwałości i poświęcenia.

Patrzeć we właściwym kierunku

Stąd już tylko krok do następnego wniosku. Zilustruję go słowami Pawła z Listu do Kolosan: „A tak, jeśliście wzbudzeni z Chrystusem, tego co w górze szukajcie, gdzie siedzi Chrystus po prawicy Bożej; o tym, co w górze, myślcie, nie o tym, co na ziemi” (3:1-2). Niewątpliwie przywiązaliśmy się do życia doczesnego. Lubimy kupować, odpoczywać, osiągać cele. Sytuacja chrześcijan w Iraku czy Syrii pokazuje nam z całą dobitnością, że „niczego na świat nie przynieśliśmy, dlatego też niczego wynieść nie możemy” (1 Tm 6:7). Dlatego musimy się oduczać patrzyć jedynie na „tu i teraz”, na korzyść tego, co jest „tam i wiecznie”.

I wreszcie wniosek piaty i ostatni: czy mogę zrobić coś dla tych, którzy cierpią prześladowanie? Nie chcę jednak podsuwać gotowych rozwiązań typu: modlić się, pisać petycje, zbierać pieniądze itd. Chcę, aby było to dla nas okazją (dla mnie także) do odpowiedzenia sobie na pytanie: kim tak naprawdę jest mój Bóg i kim jestem ja w Jego obliczu? Bo wówczas pojawią nam się te konkretne możliwości działania, które będą skierowane do każdego z nas z osobna.

Wielu z nas żyje w zgodzie z wyuczoną postawą kwietyzmu, fatalizmu i pacyfizmu: w postawie pełnej bierności zdać się na Boga, który zrobi, co zechce, a jak nie zechce… Zawsze, kiedy dzieje się wokół nas coś wielkiego, może się też wydarzyć coś wielkiego dla nas samych – w naszym sercu odkrywającym Boga. Wykorzystajmy tę dramatyczną okazję, aby poszukać właściwego obrazu Boga. Jedno jest pewne – z kwietyzmem, fatalizmem i pacyfizmem z całą pewnością nie ma On nic wspólnego. Jeśli to zrozumiemy – otworzą się nasze oczy na wiele możliwości. A w ten sposób Bóg może zmienić nie tylko nas, ale także kawałek świata wokół nas.

Przypisy:

1Oczywiście zwolennicy poprawności politycznej podniosą zaraz liczne głosy oburzenia, mówiąc, że nie można oskarżać setek milionów ludzi o coś, czego dokonują setki fanatyków. A jednak, jak uczy nas historia, od zarania dziejów ludzkości masowych mordów zawsze dokonywały (bezpośrednio) setki, a nie miliony. A jednak jeśli robili to za przyzwoleniem ideologii, na którą się powoływali (bez różnicy, czy był nią nazim, komunizm, islamizm, czy cokolwiek innego) i bez żadnej próby nie tylko przeciwdziałania, karania sprawców, ale choćby zgodnego ich potępienia – rachunek zostanie wystawiony nie konkretnemu Horstowi, Iwanowi, Mehmetowi, ale symbolowi, pod którym mordowali i czynili zło. Dlatego też pewne grzechy przeszłości spadają na cały Kościół, a nie jedynie na określoną organizację czy wyznanie.

2Why America’s Top Pundits Are Wrong. Anthropologists Talk Back (Dlaczego najwięksi mędrcy Ameryki się mylą. Odpowiedź antropologów), University of California Press, 2005.

3Z tego pnia wywodzi się Hamas, Hezbollah czy Al-Ka’ida, podczas gdy niemal zapomniana już OWP była skutkiem wspomnianej nieco dalej fascynacji arabskich muzułmanów ruchem socjalistycznym.

4Przyczyny tego stanu rzeczy były bardziej złożone (m.in. spowodowane długotrwałym, wyniszczającym konfliktem dogmatycznym, brutalnie rozwiązywanym przez władze Bizancjum współpracujące z i hierarchią Kościoła Wschodniego).

Włodek Tasak

Artykuł pochodzi z serwisu http://zgory.com

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz