W życiu ludzi wierzących i w ich wzajemnych relacjach bardzo często obserwować można pewne schorzenie, którego podłożem jest to, że bieg wydarzeń, którego nie jesteśmy w stanie odwrócić, przygnębia nas i zniechęca. Jeśli nie unikniemy tej pułapki, popadamy w zgorzknienie i depresję, zaczynamy mieć pretensje do innych lub nawet do Boga, a nie mogąc tego ukryć wywołujemy u innych konsternację, co może prowadzić do bardzo poważnych zakłóceń we wzajemnych stosunkach. Rozsądne podejście do tego zagadnienia może uchronić nas samych i lud Boży od wielu przykrych konsekwencji.

Paradoksalnie, zniechęcenie to nie choroba ludzi duchowo obojętnych, letnich czy oziębłych — przeciętnych zjadaczy chleba, którym wszystko jedno i którzy niczym się nie przejmują. Dotyka ona raczej tych, którzy traktują swoje życie duchowe bardzo na serio, usiłują iść ze swoim Panem naprzód, rozwijać się i służyć Mu. Pragną też widzieć rozwój i rozkwit kościoła i są gotowi w tym uczestniczyć, a nawet ponosić w interesie tego celu niezbędne ofiary. Często są to ludzie o nieprzeciętnym poziomie osobistej społeczności z Panem, życia modlitewnego i służby dla Pana. Jeśli popadną w zniechęcenie, szkoda dla nich samych i dla królestwa Bożego jest bardzo znaczna.

— Jaki jest mechanizm tego zjawiska? — Początek jest taki, że człowiek wierzący zaczyna widzieć pewne sprawy w nowy, inny niż do tej pory sposób. Może to nastąpić na drodze osobistej społeczności z Panem czyli na drodze otrzymania duchowego objawienia, może też być to wynikiem lektury Pisma Świętego, zetknięcia się z jakimś zwiastowaniem, rozmowy z pewnymi ludźmi, przeczytania jakiejś książki lub na inny jeszcze sposób. Jak z tego widać, przedmioty takich wizji mogą być bardzo różnorodne, mogą mieć różny zakres, różna może też być ich duchowa waga. Nie ma to jednak znaczenia dla naszego rozważania. Wystarczy, że w przekonaniu posiadacza danej wizji jest ona bardzo ważna i aktualna, a od jej realizacji zależy bardzo wiele.

Jeśli prawidłowo rozwijamy się duchowo, otrzymywanie i posiadanie takich wizji będzie w naszym życiu czymś normalnym, prawie codziennym, a ich realizacja będzie wyrazem naszego duchowego rozwoju. Nie do przyjęcia jest pogląd, że w interesie porządku w kościele wszelkie wizje są zarezerwowane tylko dla przywódców, a ogół ma je po prostu pod ich kierownictwem realizować. Przeczy temu wiele biblijnych przykładów, nauka Nowego Testamentu i bieżąca praktyka w zdrowych duchowo społecznościach. Jeśli jednak duchowe zdrowie w jakimś środowisku szwankuje, wyłania się problem, polegający na tym, że różnorodne osobiste wizje są z sobą niezgodne, co powoduje różne tarcia, konflikty i podziały.

— Jak tego uniknąć? — Na przestrzeni dziejów chrześcijaństwa obmyślono i próbowano rozwiązywać ten problem na niezliczoną ilość sposobów, na ogół jednak bez zadowalających rezultatów. Sposoby te są tym gorsze, im bardziej odbiegają od wskazówek Pisma Świętego, i tym lepsze, im wierniej bazują na Słowie Bożym. Jeśli więc ktoś się rozwija i otrzymuje od Pana jakąś wizję, kluczową sprawą jest to, co on z tą wizją zrobi — jak ją zużytkuje dla siebie i dla kościoła. Jeśli chodzi o element osobisty wizji, to można go wdrożyć na ogół względnie łatwo, korygując po prostu swoje własne postępowanie w myśl tej wizji. Czasami nawet i to może być trudne i doprowadzić do konfliktu z otoczeniem, ale takimi przypadkami nie będziemy się na tym miejscu zajmować, gdyż stanowią one oddzielny temat.

Często jednak wizja nasza ma także aspekt zbiorowy, a nie rzadko taki właśnie aspekt może w niej dominować. Ogólnie mówiąc, dochodzimy do wniosku, że chrześcijanie powinni postępować w jakiejś sprawie inaczej niż postępują, przy czym zmiana postępowania w tej sprawie może zaowocować bardzo wielkim błogosławieństwem duchowym, a jej brak może doprowadzić do zgubnych skutków. Dla tego, kto otrzymał daną wizję, sprawa jest zwykle całkiem oczywista, uważa więc, że taka sama powinna też być dla ogółu wspólnoty. Zaczyna więc z entuzjazmem dzielić się z innymi swoją wizją w przekonaniu, że niebawem nastąpią bardzo znaczące, przełomowe zmiany.

I tu z reguły nastawiona jest na nas pułapka. Spotyka nas bardzo przykra niespodzianka. Okazuje się mianowicie, że nasz entuzjazm nikomu się nie udzielił. Nie dość tego, stwierdzamy, że prawie nikt nie zrozumiał do końca, o co nam chodzi, wszyscy pozostali obojętni, a na domiar złego pojawiły się bardziej lub mniej zdecydowane opinie krytyczne. Nasza inicjatywa okazała się niewypałem. Z biegiem czasu brak zrozumienia może jeszcze się pogłębić, kiedy okazuje się, że podążając za swoją wizją coraz częściej zderzamy się z innymi, którzy zdają się podążać w nieco innym lub nawet zupełnie innym kierunku. To jest miejsce i moment, w którym albo wpadniemy w pułapkę zniechęcenia, albo jej unikniemy. Zależy to od postawy, jaką zajmiemy.

Przyjrzyjmy się najpierw pierwszej z tych możliwości, która niestety wydaje się występować częściej, nawet znacznie częściej. Na początek ogarnia nas poczucie zawodu, porażki. „Jak można nie rozumieć czegoś tak prostego?” Jesteśmy zniecierpliwieni i poirytowani. Nie zrozumiano nas. Ale nasza wizja pochodzi niewątpliwie od Boga. A więc nie zrozumiano woli Bożej. „Nasi bracia i siostry podążają w złym kierunku. Pozbawiają się przez to wspaniałych błogosławieństw, a ściągają na siebie zgubne następstwa. Winni tego są ci, którzy powiedzieli Żnie®. Szczególnie ten i tamten. Oni prowadzą wszystkich na manowce. Trzeba innych przed nimi ostrzegać. Trzeba ratować, co się da. Ale właściwie przeciw są prawie wszyscy. A więc cała ta wspólnota zmierza do duchowego upadku. Tu już nie ma żadnej szansy na naprawę. Bóg już ich odrzucił.” I tak dalej i dalej.

Wszystko to rozwija się powoli i stopniowo. Najpierw jest wewnętrzne rozczarowanie i smutek, z którym zmagamy się sami. Potem zaczynamy wyrażać to przed innymi. Po pewnym czasie stajemy się znani ze swoich krytycznych uwag. To powoduje, że inni nas unikają lub usuwają od pewnych spraw. To z kolei wywołuje w nas poczucie krzywdy i stanowi dla nas nowe „dowody słuszności” naszego stanowiska. Nasz krytycyzm narasta, przechodzi w zgorzknienie i depresję. Pewnych osób zaczynamy unikać. Stopniowo rzeczy negatywne zajmują całe pole widzenia. Już niczego dobrego nie jesteśmy w stanie zobaczyć w danym człowieku czy grupie ludzi, niczego dobrego o nich powiedzieć. Wpadliśmy w syndrom całkowitej negacji.

Zjawisko takie ma różny zasięg i różne postacie końcowe. Czasem wpada w to pojedyncza osoba, czasem rodzina czy większa grupa ludzi, a nawet cała wspólnota. Można by wymieniać nawet z nazwiska usługujących, niegdyś owocnych i cenionych, a teraz wyeliminowanych z konstruktywnej pracy. Usługa takich osób, o ile jeszcze są do niej dopuszczani, ma różny charakter. Obserwujemy liczne warianty. Niektórzy robią wrażenie mocno zagniewanych na adresatów swoich krytycznych aluzji, inni operują ironią i sarkazmem, usiłując ośmieszyć reprezentantów atakowanego przez nich zła, jeszcze inni ograniczają się do cierpkiego utyskiwania lub dają wyraz swojemu przygnębieniu i swojej rozpaczy nad rozwojem wydarzeń. Niezależnie od wariantu, rezultatem takiej usługi człowieka, będącego w pułapce zniechęcenia, jest zawsze to, że jego osobiste zgorzknienie i frustracja mniej lub bardziej udzielają się słuchaczom.

Inną postacią końcową będących w tej pułapce jest całkowite usunięcie się ze społeczności. Niektórzy przechodzą do innej, inni zakładają własną, a jeszcze inni zrywają kontakty z ludem Bożym całkowicie, na skutek czego ich życie duchowe z czasem praktycznie zamiera. Nie rzadko jedna sfrustrowana osoba wciąga do takiej izolacji całą swoją rodzinę, narażając na duchowy marazm także współmałżonka i dzieci. Liczba ofiar tego schorzenia nie jest bynajmniej bagatelna. W takich zaawansowanych stadiach nie chodzi już o samo zniechęcenie, lecz o bardzo ciężkie przypadki duchowej zapaści o fatalnych skutkach.

— Jak więc można ominąć tę pułapkę i uniknąć tak poważnych i niszczących następstw? — Przede wszystkim trzeba jednoznacznie i z całym naciskiem stwierdzić, że kto wpada w tę pułapkę, sam ponosi za to winę, i to niezależnie od tego, jak wielkiej wagi jest jego wizja, którą się kieruje, albo jak bardzo złe jest postępowanie tych, którzy jej się przeciwstawiają. Można być pewnym, że to stwierdzenie wywoła sprzeciw i zdecydowane protesty wszystkich tych, którzy wpadli w tę pułapkę, gdyż są święcie przekonani o szczerości swoich motywów i ewidentnej winie swoich adwersarzy. Trudno, jeśli nie chcesz, to nie czytaj dalej tego artykułu i tkwij nadal w swoich pretensjach i zarzutach do innych, zgryzając się i marniejąc duchowo. Jeśli jednak masz już takiego życia dosyć, to poskrom swoje emocje i czytaj w pokorze dalej, gdyż może właśnie teraz będziesz mógł się z tego wydostać.

Jako dzieci Boże, uczniowie Chrystusa, jesteśmy powołani do kroczenia Jego śladami i kontynuowania tego dzieła, które On zapoczątkował. Dziełem tym, mówiąc bardzo skrótowo, jest zmuszanie wszelkiej myśli do poddania się w posłuszeństwo Chrystusowi (2Ko 10:3–5). Wiąże się to z różnymi przeciwnościami i wymaga od nas wielu ofiar. Jedną z tych przeciwności jest niezrozumienie tych, którym usługujemy, a jedną z tych naszych ofiar jest znoszenie tego faktu w sposób, w jaki znosił go Chrystus.

A zatem każde dziecko Boże, które otrzymuje od Pana jakąś wizję, może czuć się uprzywilejowane, ale jednocześnie powinno mieć świadomość, że zostaje obarczone odpowiedzialnością. Wizji towarzyszy brzemię. Głoszenie otrzymanej wizji i jej realizacja wymaga z reguły wyrzeczeń i ofiar, nie rzadko ucisków, udręk i cierpień, a czasem nawet zdrowia lub życia. W armii Pana wszystko może się wydarzyć, gdyż jesteśmy nie na uroczystej defiladzie, lecz w zażartych bojach. Boży i nasz przeciwnik zrobi z pewnością wszystko, aby Bożą wizję zniszczyć.

Mówiąc bardziej prozaicznie, sprzeciwy, na jakie napotykamy w trakcie dzielenia się naszą wizją i jej realizacji są jak najbardziej normalne i za takie powinniśmy je uważać. Jeśli tak się nastawimy, unikniemy rozczarowań i frustracji. Aby darowana nam wizja mogła być przekazywana dalej i realizowana, wymagane są nasze ofiary. Nikt duchowy nie może przyjąć naszej wizji tylko dlatego, że mu o niej powiemy, a już na pewno nie przez nasze usilne nalegania lub naciski. Zdrowy chrześcijanin przyjmie czyjąś wizję dopiero wtedy, gdy przekona się i upewni, że stanowi ona Bożą wolę względem niego. Dlatego osoba posiadająca wizję winna przede wszystkim skoncentrować się na swojej własnej kondycji duchowej, gdyż to od niej zależy, czy będzie mogła przekazać treść wizji innym dzieciom Bożym. Wizja dopiero wtedy zacznie docierać do innych, kiedy głoszący stanie się autentycznym narzędziem Ducha Świętego, z którego wydobędzie się „ożywcze tchnienie”, które duchowo ożywi słuchaczy.

Nie jest więc istotna argumentacja, przekonywanie i naleganie, lecz wpływ żywego Słowa i własnego życia, który sprawi, że adresaci naszej usługi zostaną przekonani, że dana zmiana, dany sposób postępowania jest właściwy i konieczny. Wymaga to systematycznego, długotrwałego przygotowania modlitewnego, w wyniku którego jesteśmy stopniowo przeobrażani na podobieństwo Chrystusa do tej pory, dopóki Jego życie nie wypływa z nas z siłą wystarczającą na to, aby przełamać duchowe bariery i opory. Chodzi o walkę w swojej istocie duchową, gdyż to bóg tego świata otępia i zaślepia umysły ludzi, co zamyka ich na przyjęcie prawdy (2Ko 3:14; 2Ko 4:3,4).

Najpierw więc nasza wizja musi urzeczywistnić się w całej pełni w naszym własnym życiu i przemienić je w tej mierze, że obserwujący nas zostaną przekonani naocznie o wielkiej wartości naszej wizji i wspaniałych skutkach jej realizacji. Dopóki tak się nie dzieje, nie mamy innego wyjścia, jak tylko przypisać winę samym sobie za to, że jeszcze nie potrafimy usłużyć innym tak skutecznie jak Chrystus, że jeszcze mają powód do gorszenia się nami lub ignorowania nas.

Podejście takie z pewnością nie będzie atrakcyjne dla naszego starego, cielesnego człowieka. Ale oskarżając innych za niepowodzenie naszej usługi, ujawniamy właśnie, że żyje w nas stary człowiek, który zamiast służyć w pokorze i kłaść swoje życie za braci, woli w poczuciu wyższości sądzić ich i zarzucać im sprzeciwianie się woli Bożej. Jezus Chrystus, który jest naszym wzorem, nigdy nie irytował się na tych, którzy nie przyjmowali Jego usługi. Bóg z pewnością nie daje nikomu z nas swojej wizji po to, abyśmy rugali i besztali tych, którzy tej wizji nie podzielają lub nie mogą jej zrozumieć, abyśmy mieli do nich pretensje i odsuwali się od nich. Jeśli to robimy, stawiamy pod znakiem zapytania także samą wartość swojej wizji.

Należy też mieć na uwadze, że nigdy nasza usługa nie będzie owocna, jeżeli nasz stosunek do tych, którym usługujemy, cechuje poczucie wyższości, zarozumiałość, jakakolwiek niechęć lub jakiekolwiek zarzuty czy pretensje. Jeśli którejkolwiek z tych rzeczy pozwalamy w sobie się rozwijać w naszym stosunku do kogokolwiek, to jesteśmy już na drodze uczynków ciała, która siłą rzeczy doprowadzi nas do zniechęcenia, a następnie do syndromu negacji. Będziemy toczyć bój z krwią i z ciałem czyli z ludźmi zamiast z mocami ciemności, stając się przez to dla królestwa Bożego bezużyteczni, a zamiast tego powodując w nim zamieszanie. W tym stanie rzeczy to my sami jesteśmy tymi, których umysły są otępione i zaślepione, a nasze własne myśli nie są poddane Chrystusowi.

Pan Jezus usługiwał bowiem wszystkim ludziom w pokorze, z szacunkiem i szczerą życzliwością, nikogo nie sądząc i znosząc cierpliwie wszystkie zniewagi i krzywdy. Miał świadomość, że usługuje cennym w oczach Bożych ludziom, będącym ofiarami diabelskiego zaślepienia, a celem tej usługi jest ich wyzwolenie. Nie znaczy to, że nie mówił prawdy, także i bardzo przykrej, ganiącej i karcącej, ale zawsze czynił to z miłością, gdyż tylko tak można zło zwyciężać dobrem. Dlatego ludzie garnęli się do Niego i dlatego Jego usługa przynosiła tak wspaniałe rezultaty. Konsekwentne naśladowanie Jezusa wykluczyłoby naszą wszelką cielesną gorączkowość, a z nią także większość naszych niepowodzeń. Pójście zatem drogą biblijnych wskazówek nie tylko uchroni nas przed pułapką zniechęcenia, lecz może też doprowadzić do wielkiego przełomu w skuteczności naszego usługiwania.

Wszystko to ma także szerszy aspekt, dotyczący wzajemnych stosunków pomiędzy różnymi społecznościami ludu Bożego. Z reguły każda taka społeczność ma pewną wizję, którą bardzo ceni i za którą czuje się odpowiedzialna. Zadaniem i racją bytu tej społeczności jest pokorne usługiwanie tą wizją w duchu Chrystusowym całemu ciału Chrystusa i wzbogacanie go w ten sposób. Diabeł jednak zastawia pułapki cielesności, usiłując zamiast tego doprowadzić daną społeczność poprzez zniechęcenie do syndromu negacji, w którym dominuje przekonanie o własnej wyższości i ekskluzywności oraz lekceważenie i pogarda dla innych. Jeśli mu się to uda, ciało Chrystusa zostaje rozdarte, a posłannictwo danej społeczności udaremnione, gdyż takie nastawienie uniemożliwia przekazywanie danej wizji innym. Także w tych przypadkach jednak, jakże częstych, możliwy jest przełom — wydostanie się ze zniechęcenia i syndromu negacji, a przez to powrót członków danej społeczności do zdrowego, konstruktywnego funkcjonowania w ciele Chrystusa i skutecznego wypełniania swojego posłannictwa.

— A jeśli mimo wszystko nasza wizja nie zostanie przyjęta? — Naszym celem nie jest doprowadzenie za wszelką cenę do realizacji naszej wizji, lecz wypełnienie woli Bożej. Nie wszyscy ludzie dają posłuch danemu zwiastowaniu od Boga, nie wszyscy też są gotowi iść za Chrystusem bez zastrzeżeń. Będą zawsze tacy, którzy się sprzeciwią. Byli tacy także wśród ludzi, słuchających Jezusa, a później apostołów. Ale On nigdy nie zamartwiał się tymi, którzy Go nie przyjmowali. Przeciwnie, radował się i dziękował Ojcu za to, że pewne rzeczy zakrył przed niektórymi ludźmi. Źródłem naszej satysfakcji także nie może być pełne powodzenie naszej usługi, lecz pełne wywiązanie się z Bożego posłannictwa. Jeśli jesteśmy pewni, że wykonujemy to, co zlecił nam nasz Pan, możemy i powinniśmy doświadczać pełni Jego radości, choćby nawet nikt nie rozumiał i nie przyjmował naszej wizji.

Wynika z tego, że każda frustracja, każde zniechęcenie ma swoje źródło w naszej cielesności i niedojrzałości duchowej. Bóg bowiem nigdy nie jest pokonany, nigdy zniechęcony, nigdy sfrustrowany. Jego wspaniały plan realizuje się bez przerwy i Jego wspaniałe cele zostaną w stu procentach osiągnięte. Będąc po Jego stronie, możemy być absolutnie pewni ostatecznego zwycięstwa, a każda cząstkowa bitwa, bez względu na to, czy w naszym mniemaniu wygrana, czy przegrana, jest kolejnym krokiem w stronę tego zwycięstwa. Jeśli zajmiemy taką postawę, unikniemy zniechęcenia, wyzwolimy się z niego, o ile ono już nas ogarnęło, i będziemy mogli zawsze i wszędzie, niezależnie od widzialnych okoliczności, wykrzykiwać wraz z psalmistą: „Prawica Pana podniesiona, prawica Pana odnosi zwycięstwo” (Ps 118:16). A taka nasza postawa wiary sprawi, że będzie się to stawać coraz bardziej widoczne także w sferze widzialnej.

J. K.

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz