Emilia i Józef Kajfosz
(nasz życiorys)

Pochodzimy z Zaolzia – części Śląska Cieszyńskiego, wchodzącej w skład Czechosłowacji. Ja urodziłem się w roku 1933 w Żukowie Dolnym, a moja żona Emilia w roku 1936 w Bystrzycy nad Olzą. Żona ma liczne rodzeństwo, ja zaś tylko jedną młodszą siostrę. Emilia ukończyła w roku 1955 technikum w Czeskim Cieszynie, zdobywając kwalifikację zootechnika, a ja ukończyłem w roku 1956 Wydział Przyrodniczy Uniwersytetu w Brnie uzyskując stopień magistra fizyki, po czym zacząłem pracować w Instytucie Fizyki Jądrowej w pobliżu Pragi. Związek małżeński zawarliśmy w roku 1957, po czym zamieszkaliśmy w Pradze. Urodziły nam się córki Bogusława (1959), Daniela (1962) i Irena (1966). Nasze trzy córki są własnością Pana, wyszły za mąż i urodziły nam, jak dotąd, pięć wnuczek i jednego wnuka. W okresie 1961-62 ponad rok mieszkaliśmy w Dubnej w ZSRR. W roku 1968 otrzymałem doktorat, a w 1969 przez 9 miesięcy byłem na stanowisku eksperta ONZ w Iraku. W roku 1972 rodzina nasza przeprowadziła się do Polski i osiedliliśmy się w Krakowie, gdzie otrzymałem pracę w Instytucie Fizyki Jądrowej i gdzie pracowałem aż do emerytury w roku 1993. (…)

Jeśli chodzi o nasz rozwój duchowy, to wyrastaliśmy w zborach Stanowczych Chrześcijan, moja żona Emilia w zborze w Gródku, a ja w Żukowie Dolnym. Zarówno żona jak i ja mieliśmy wierzących rodziców i od wczesnego dzieciństwa słuchaliśmy Słowa Bożego. Kiedy się urodziłem, pierwszą czynnością rodziców było to, że klęcząc na kolanach oddali mnie w modlitwie na własność Panu, podobnie jak zrobiła to Anna, matka Samuela. Babcia ze strony matki, która była kobietą duchową i miewała proroctwa i widzenia, zobaczyła tuż po moim urodzeniu coś, co skłoniło ją do powiedzenia, że „to nie będzie zwyczajne dziecko”. Przejęła się tym moja matka, która przez całe życie gorąco się o mnie modliła i wkładała we mnie duże nadzieje, nawet kiedy sprawiłem jej niejedno rozczarowanie. Za wartą odnotowania uważam też wizytę w zakładach Krystyny Royówny, znanej pisarki i poetki słowackiej, z którą rodzice utrzymywali zażyłe stosunki. Modliła się o mnie, wtedy niewiele ponad rocznego chłopca, wkładała na mnie ręce i zgodnie z życzeniem rodziców przekazała moje życie w ręce Boże.

Lata wojny spędzaliśmy u babci i chociaż zgromadzeń zborowych nie było, codziennie odbywały się spotkania domowe z śpiewem, czytaniem Pisma świętego i głośnymi modlitwami wszystkich obecnych po kolei, nie wyłączając kilkuletnich dzieci. Bardzo cenię sobie ten okres wczesnego poznawania Słowa Bożego i prawdziwej duchowości, aczkolwiek oczywiście nie przez takie wychowanie zostałem chrześcijaninem. Już we wczesnym dzieciństwie pojawiły się grzeszne skłonności, nieposłuszeństwo, nieznośne zachowanie, nieczyste myśli, słowa i czyny. Konflikt duchowej atmosfery zewnętrznej z wewnętrznym złem sprawił, że stałem się zamknięty w sobie, introwertyczny, zalękniony. W szkole podstawowej (niemieckiej) uczyłem się dobrze, ale uchodziłem raczej za niezdarę gdy chodziło o zabawy, gry czy sprawność fizyczną. Przez szereg lat byłem zwalniany z gimnastyki z powodu jakiejś wady mięśnia sercowego.

Zarówno do serca mojej przyszłej żony, jak i mojego, Bóg zaczął mocno pukać w latach powojennych, w okresie ożywienia duchowego i licznych ewangelizacji. Oboje oddaliśmy swoje życie Panu w wieku 14 lat (nie znając się wtedy jeszcze). Doznaliśmy wielkiej radości i pokoju z przebaczenia grzechów i z usunięcia tej bariery, która dzieliła nas od pełni życia chrześcijańskiego, znanego nam od dzieciństwa. Zostaliśmy przyjęci do społeczności zborowej i pełnego udziału w życiu zboru. Obejmowało to śpiew w chórze, dzielenie się świadectwami, różne czynności i posługi.

Wkrótce po oddaniu się Panu zacząłem odczuwać pociąg do usługiwania przez tłumaczenie pieśni z języka niemieckiego i czeskiego, a później także angielskiego, a społeczność zborowa odkryła moje obdarowanie w tym zakresie. Wiele przetłumaczonych przeze mnie pieśni weszło do repertuaru chórów zborowych, a później do różnych śpiewników. Jednak w okresie pierwszych pięciu lat po nawróceniu nie byłem zadowolony z mojego duchowego życia. Mimo wysiłków nie byłem w stanie pokonać niektórych grzesznych przyzwyczajeń, a ponadto byłem bardzo tchórzliwy gdy chodzi o publiczne przyznawanie się do Chrystusa. Wiedziałem, że potrzebuję duchowego przełomu, wewnętrznej przemiany, głębszej osobistej relacji z Chrystusem i mocy Ducha Świętego.

Okazją do tego stało się kolejne poruszenie duchowe na początku lat pięćdziesiątych. W małej grupie domowej wraz z innymi prosiłem o napełnienie Duchem Świętym, dziękując zarazem, zgodnie z udzieloną mi wskazówką, za to, że obietnica ta do mnie należy i prośba moja zostanie wysłuchana. Ani w tej modlitwie, ani przez resztę dnia nie nastąpiło nic szczególnego, kiedy jednak udałem się na spoczynek, zaczęły zalewać mnie nieopisane fale Bożej miłości. Przeżywałem niewymowną błogość, uniesienie i zachwyt. Trwało to przez wiele godzin nocnych z takim natężeniem, że mocniejszych jeszcze odczuć nie byłbym w stanie znieść. Jednocześnie wiedziałem i czułem, że nie jest to tylko uczucie, ale że działa we mnie moc Boża, przemieniająca mnie gruntownie. Natychmiast zdałem sobie sprawę, że całkowicie został zmieniony mój stosunek do Słowa Bożego, że jego treść, znana mi na pamięć, mówi teraz do mnie swoją głębią. Poczułem też od razu, że wydobywa się ze mnie autentyczne uwielbienie, że całkowicie zmienia się moja modlitwa, otrzymując zupełnie nowy wymiar osobistego kontaktu z Bogiem. Trzecią rzeczą, którą uświadomiłem sobie natychmiast, to radykalna zmiana stosunku do ludzi. Wcześniej w stosunku do niektórych braci czułem nieśmiałość i pewne zażenowanie, toteż wolałem nawet ich unikać, gdyż mieli zwyczaj zaglądać głęboko w oczy i czasem zadali jakieś krępujące pytanie, co wprawiało mnie w konsternację. Teraz zauważyłem ze zdziwieniem, że właśnie z tymi braćmi odczuwam szczególną więź duchową, tak mocną, że gdybym miał ich przy sobie, rzuciłbym im się na szyję. Nie miałem żadnej wątpliwości, że Bóg wspaniale odpowiedział na moją prośbę i że działa we mnie Jego Duch Święty, kształtując moją nową, odrodzoną osobowość.

Po tym dniu, a raczej nocy, następowały stopniowo dalsze zmiany, które w sobie zauważałem i odkrywałem. Nie było to jednorazowe przeżycie, lecz od tego czasu takich chwil mocnego Bożego działania w moim wnętrzu doświadczyłem bardzo wiele i nie byłbym w stanie ich zliczyć. Ale nawet w chwilach całkiem zwykłych i powszednich nie opuszcza mnie świadomość Bożej obecności i Jego ciągłej pracy nad moim życiem. W tym okresie prowadziłem intensywne życie modlitewne i miałem wiele osobistych doświadczeń z Panem. Pamiętam szczególnie dwie prośby, które systematycznie przedkładałem Panu. Prosiłem, jakkolwiek Bóg pokieruje moim życiem, aby głównym jego akcentem nie było nic innego, tylko służba dla Pana. Prócz tego, przyglądając się życiu i usłudze duchowych przywódców: Wojnara, Konderli i Kalety, których podziwiałem, prosiłem Pana wzorem Elizeusza, aby darował mi podwójną miarę ich ducha.

Krótko po tym przeżyciu, na pewnym spotkaniu modlitewnym, w chwili kiedy modliłem się na głos, Bóg darował jednemu ze starszych braci widzenie. Widział on czysto nakryty stół, na który coś miało zostać położone. Ponieważ już wtedy miałem szczególny pociąg do literatury chrześcijańskiej, nie trudno było mi zrozumieć sens tego widzenia. Zrozumiałem, że Bóg pragnie mnie używać w usłudze słowem pisanym. Potwierdziło to później także kilku innych braci, którzy dzielili się ze mną swoimi odczuciami. Ponieważ rodzice mieli sporą biblioteczkę książek chrześcijańskich o treści przebudzeniowej, wchłaniałem z pasją wszystko, co tam znalazłem. Był to ważny element Bożej pracy nad kształtowaniem mojego życia. Niedługo potem Bóg natchnął mnie do wyrażania uczuć miłości do Niego przez słowa i melodie własnych pieśni. Wszedłem też w skład zespołu przygotowującego „Śpiewnik pielgrzyma”, który potem rozpowszechnił się w Polsce. W wieku 24 lat napisałem też dłuższy tekst pt. „W ślad za Jezusem”, zrozumiałem jednak, że czas na moją usługę literacką nadejdzie w późniejszym wieku, po pięćdziesiątce, co też dokładnie się spełniło.

W środowisku „stanowczych” stosowano konsekwentnie zasadę powszechnego kapłaństwa, nie było duchowieństwa ani etatowych pastorów. Spodziewano się, że każdy rozwijający się chrześcijanin dorośnie do różnorodnych usług, do których Bóg go przygotuje i powoła. Dlatego bardzo wcześnie zaczęto zachęcać także i mnie do usługi słowem, najpierw w młodzieży, a potem na zgromadzeniach ogólnych. Z biegiem lat zacząłem usługiwać słowem coraz bardziej systematycznie, nie tylko w rodzimym zborze, lecz także na wielu innych miejscach. Kiedy później znalazłem się w środowisku, przywykłym do duchownych, dochodziło z tego powodu czasem do zabawnych nieporozumień. Niektórzy z racji mojego zawodu widzieli moją rolę w kościele w jeżdżeniu po zborach i kursach młodzieżowych z wykładami na tematy naukowe, inni natomiast, słuchając mojej usługi, pytali ze zdziwieniem, skąd ja to mogę wiedzieć, skoro jestem laikiem. Że jestem laikiem, było dla nich oczywiste z tego, że nie studiowałem teologii, nie zostałem wyświęcony i zarabiam na życie mając „świecki” zawód.

Szczególnie intensywny okres mojej usługi słowem przypada na lata siedemdziesiąte i początek osiemdziesiątych, kiedy to w zborach krakowskich, a także na licznych wyjazdach do innych zborów różnych ugrupowań usługiwałem kazaniami i wykładami biblijnymi średnio sto kilkadziesiąt razy w ciągu roku. W latach osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych ta usługa słowem mówionym malała stopniowo do około 70 rocznie, a później nawet poniżej 50. W tym czasie byłem kierowany przez Pana do usługi słowem pisanym, najpierw w postaci artykułów, później zaś, po ukończeniu 50 roku życia – książek. Powstały kolejno: „U wrót przestrzeni”, „Życie ma sens”, Przed nami cel”, „Jak powiada Pismo”. Nieco wcześniej napisałem tekst ewangelizacyjny w języku czeskim „Do niewierzących przyjaciół”.

Z okazji różnych wyjazdów służbowych miałem też przywilej kontaktować się z ludźmi wierzącymi i poznawać ich życie w wielu krajach jak Niemcy, Francja, Holandia, Dania, Szwecja, Irak, Rosja, Białoruś, Litwa, Łotwa, a także dzielić się słowem Bożym w Czechach, na Słowacji, w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Portugalii. W Polsce natomiast przez wiele lat usługiwałem także w charakterze tłumacza gości zagranicznych. W różnych okresach Pan pobudzał mnie ponadto do tłumaczeń książek innych autorów: Jonathana Paula, Levi Pethrusa, Watchmana Nee, Williama Branhama, jak również licznych artykułów z języka angielskiego, niemieckiego i czeskiego. Na początku lat dziewięćdziesiątych pod patronatem Towarzystwa Krzewienia Etyki Chrześcijańskiej wraz z bratem Mieczysławem Kwietniem opracowaliśmy „Konkordancję biblijną”.

Przez wiele lat na różnych miejscach Pan stawiał mnie w różnorakich sytuacjach wśród dzieci Bożych różnych kierunków i tradycji, co było dla mnie wyjątkowo wszechstronną szkołą, w której mogłem poznawać i studiować procesy, zachodzące pośród ludu Bożego. Mimo, że nieraz narzekałem, a nawet byłem w depresji, widzę teraz, że wszystkie te, nawet bardzo trudne okoliczności i skomplikowane sytuacje były zamierzone i kierowane przez Pana, i że musiałem przez nie przechodzić, aby mógł przygotować mnie do zadań, jakie miał dla mnie w przyszłości. Widzę teraz, że nawet przypadki odsunięcia mnie przez pewnych braci były zamierzone przez Pana i spełniły doniosłą rolę, że bracia ci byli narzędziami w Bożych rękach i że powinienem być im za ich usługę wdzięczny.

W drugiej połowie roku 1996 Pan wyrwał mnie z duchowego zastoju, wywołanego pewnym zniechęceniem sytuacją w Kościele. Bezpośrednim impulsem była lektura tekstu Ricka Joynera „Zastępy piekielne maszerują”, który wtedy się ukazał. Doznałem wielkiej zachęty, gdyż zobaczyłem, że maszerują nie tylko zastępy piekielne, lecz także zastępy Pana. Od tego czasu zacząłem dostrzegać wokół siebie wiele radosnych oznak aktualnego Bożego działania. W wyniku tego zacząłem usilnie zabiegać w modlitwach o własny postęp duchowy i głębszą społeczność z Panem. Rezultatem tego było ożywienie działalności literackiej w postaci kolejnych numerów „Do Celu”. Pan widział jednak wiele innych przyczyn mojego duchowego zastoju, których ja nie widziałem. Odpowiadając na moje prośby, użył odpowiednich środków, aby te rzeczy pousuwać. Nastąpił dla nas bardzo dramatyczny okres choroby psychicznej mojej żony Emilii, okazało się jednak, że jest to ogień, który ma na celu nie nasze zniszczenie, lecz oczyszczenie i budowanie nas, byśmy mogli wydawać obfitszy owoc.

Życiorys człowieka nie jest zakończony, dopóki człowiek żyje, a my jeszcze żyjemy. Jesteśmy jednak zdecydowani iść za Panem aż do końca i wierzymy, że On uchroni nas od upadków i niepowodzeń i doprowadzi swoją pracę nad naszym życiem do zwycięskiego końca.

Józef Kajfosz

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz