Bohaterem tego tekstu jest kłamstwo. Kiedy obserwujemy wydarzenia na świecie, wydaje nam się, że kłamstwo popłaca. Krym już jest rosyjski (póki co), wschodnia i południowa Ukraina może się taką stać. Mówi się o Naddniestrzu, Estonii. Rosja budowała swoją potęgę na kłamstwie od wieków w sposób rzadko spotykany w historii (może niedługo napiszę o tym więcej) – i na naszych oczach robi to dalej. I robi to skutecznie. Tak nam się wydaje.

14 kwietnia prezydent Putin w rozmowie z sekretarzem generalnym ONZ powiedział, że oczekuje potępienia przez społeczność międzynarodową „niezgodnych z konstytucją działań Kijowa”. To reakcja na działania władz Ukrainy przeciwko separatystom. Działania, w których nikt dotąd nie zginął.

Trzy grupy ludzi

Ludzi na świecie można z grubsza podzielić na trzy grupy: tych, którzy wiedzą, że rosyjskie władze notorycznie kłamią i już nie zwracają na to uwagi; takich, którzy wiedzą, że oni kłamią, ale uważają, że inni też kłamią, więc nic się nie stało, oraz tych, którzy wierzą, że to wszystko, co słyszą z Moskwy to sama prawda, tylko inni kłamią, bo są wrogami Rosji. Oczywiście jest jeszcze największa część ludzi: to, ci których to w ogóle nie interesuje, a także – niezbyt duża – która myśli tak jak pierwsza grupa, ale nie pozostaje bierna bröllopsklänningar.

Premier Rosji Dmitrij Miedwiediew napisał na Facebooku o Ukrainie, że to kraj, który jest na progu wojny domowej. Według niego „przyczyną tragedii jest to, że prawowita władza na Ukrainie nawet nie próbowała utrzymać porządku w regionach, kiedy zaczęły się przejęcia budynków administracyjnych”. Z kolei prezydent Rosji Władimir Putin 14 kwietnia powiedział Barackowi Obamie, że oskarżenia o rosyjską ingerencję na Ukrainie są „bezpodstawne” – co wiemy z informacji rozpowszechnionej przez władze rosyjskie. I mamy jeszcze tzw. separatystów z samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej, którzy również 14 kwietnia zaapelowali do prezydenta Rosji Władimira Putina o obronę przed rządowymi siłami ukraińskimi.

Pierwsza grupa wzruszy ramionami – nic nowego, druga powie: no i co z tego, to polityka!, a trzecia zawoła: Władimirze Władimirowiczu ratuj Rosjan przed faszystami i banderowcami z Majdanu! Dlaczego więc piszę ten tekst? Bo jestem idealistą. Ale takim, który patrzy na historię i stara się czegoś z niej nauczyć.

Hitler różni się od Putina

Zacznijmy więc od początku. Premier Miedwiediew napisał, że problem Ukrainy polega na tym, że władze tego kraju nie przeciwdziałają bezprawnym przejęciom budynków państwowych. Za to prezydent Putin uważa, że Rosja nie ma z tym nic wspólnego. Z kolei ci, którzy budynki okupują, wzywają Rosję na pomoc przez władzami Ukrainy. Logiczny wniosek nasuwa się więc jeden: skoro Rosja nie ma nic wspólnego z działaniami na Ukrainie, przeciwnie – uważa, że władze z Kijowa powinny zdecydowanie przeciwdziałać akcjom separatystów, dlaczego wspomniani separatyści właśnie w Moskwie szukają pomocy? Czy to w ogóle ma sens? Jeśli Miedwiediew i Putin mówią prawdę – oczywiście, że nie. To tak jakby Hitler w 1938 r. twierdził, że nie ma nic wspólnego z ekscesami Niemców sudeckich Konrada Henleina i dziwił się, że Czechosłowacja na nie pozwala, a jednocześnie tenże Henlein wzywał Trzecią Rzeszę na pomoc. Co by nie mówić o Hitlerze – w 1938 r. grał w otwarte karty. Ale wracając do Rosji – nikt chyba nie ma wątpliwości, że nagle Rosjanie na Ukrainie, mieszkający tam od 1991 r. i nie wykazujący dotąd żadnych dążeń separatystycznych, sami z siebie nie tylko w błyskawicznym tempie zorganizowali się, nie tylko wyposażyli (tak, wiemy – w sklepach survivalowych) w wysoce wyspecjalizowany sprzęt rosyjskich oddziałów specjalnych, ale w dodatku przeprowadzili świetnie skoordynowaną akcję, która dziwnym trafem swoim zasięgiem pokrywa się z potrzebami taktycznymi rosyjskiej armii – gdyby ta wkroczyła na teren Ukrainy. Niezorientowanym proponuję prześledzić historię sowieckiego ruchu partyzanckiego podczas II wojny światowej, który rozwijał się „spontanicznie” na terenach okupowanych przez Trzecią Rzeszę.

Ludzie na urlopach?

To, że – zdaniem ukraińskiego SBU – Igor Striełkow, obywatel Federacji Rosyjskiej i oficer specnazu GRU (sił specjalnych rosyjskiego wywiadu wojskowego) stoi na czele „grupy, która zajmuje budynki rządowe i terroryzuje ludność w Słowiańsku” – jest oczywiście kłamstwem albo całkowicie prywatnym działaniem tego obywatela, który z poczucia narodowej solidarności z uciskanymi rodakami z Ukrainy, wziął urlop z pracy i całkowicie spontanicznie zaangażował się tego rodzaju działania. Podobnie należałoby spojrzeć na informację agencji UNIAN o tym, że ukraińska straż graniczna od początku marca nie wpuściła na teren swojego kraju 12 tysięcy Rosjan, podejrzewanych o chęć wsparcia antyukraińskich działań i zaangażowania się w grupy separatystyczne. Byli to po prostu młodzi ludzie, którzy chcieli odwiedzić swoich ukraińskich znajomych mieszkających na wschodzie kraju, zatroskanych o ich los i w razie potrzeby gotowych bronić ich, oczywiście korzystając z urlopów bezpłatnych.

Również o niczym nie świadczy fakt, że osoby aktywnie zaangażowane w secesję Krymu teraz rozpoznane zostały podczas prorosyjskich działań na terenie wschodniej Ukrainy. To przedstawiciele grupy wspomnianej wyżej, tylko tacy, którzy wcześniej wzięli bezpłatny urlop i przedłużyli go, bo mają znajomych w różnych częściach Ukrainy.

Ja wiem, że są ludzie, którzy w to wszystko wierzą. I to nie tylko w Rosji. W latach 30. ubiegłego wieku lewicujący intelektualiści z Francji i Wielkiej Brytanii jeździli do Związku Sowieckiego i wracali zachwyceni poziomem życia i szczęśliwości mieszkańców tego kraju. W czasie, gdy miliony umierały na Ukrainie z głodu, a inne miliony na dalekiej Północy pracowały niewolniczo w łagrach. Parę dni temu dyskutowałem z pewnym człowiekiem na temat polityki Rosji. I co mi napisał: „Rosja nigdy nie zaszkodziła Polsce bardziej niż Polska sama sobie (…). W Katyniu mordowali tych, co służyli po to, żeby umierać. Taki los żołnierza”. I tak słowa „mordowali” użył chyba z rozpędu, bo wcześniej ja tak to nazwałem.

Historia uczy po latach

Bohaterem tego tekstu jest kłamstwo. Kiedy obserwujemy wydarzenia na świecie, wydaje nam się, że kłamstwo popłaca. Krym już jest rosyjski (póki co), wschodnia i południowa Ukraina może się taką stać. Mówi się o Naddniestrzu, Estonii. Rosja budowała swoją potęgę na kłamstwie od wieków w sposób rzadko spotykany w historii (może niedługo napiszę o tym więcej) – i na naszych oczach robi to dalej. I robi to skutecznie. Tak nam się wydaje.

Ja nauczyłem się patrzeć na historię z perspektywy nie dni czy miesięcy, ale lat, a czasem nawet wieków. Tak naprawdę naród rosyjski od dziesiątków lat płaci straszliwą cenę za postawę swoich przywódców, ale także własną – akceptację kłamstwa i życie w kłamstwie. Dlaczego tak ostro oceniam zwykłych Rosjan?

Do dziś można spotkać tam na ulicach ludzi z portretami Stalina, Rosja nigdy nie potępiła zbrodniczego systemu sowieckiego, nie ukarała winnych jego zbrodni, nie wyraziła narodowej skruchy – owszem głos zabierali prawi ludzie, tacy jak Siergiej Kowaliow, Ludmiła Aleksiejewa czy nieżyjąca już Jelena Bonner – ale był to zawsze głos „wołającego na puszczy”. Milionom Rosjan bliżej było do stwierdzenia Putnia, że największą katastrofą geopolityczną XX wieku był rozpad… Związku Sowieckiego w 1991 roku. Słowa te nie padły na jakimś nostalgicznym spotkaniu, ale podczas dorocznego orędzia prezydenta o stanie państwa w 2005 r.

Teraz wydaje się, że to popłaca – Krym już rosyjski, wschodnia i południowa Ukraina być może niebawem – poczekajmy jednak z wyciąganiem wniosków. Ludzie, którzy z entuzjazmem witali wojska Hitlera w Austrii, Kraju Sudeckim, na ulicach Pragi czy we wrześniu 1939 r., Niemcy będący obywatelami II RP – wszyscy oni zapłacili straszliwą cenę za te chwile patriotycznego uniesienia, kiedy dostali się w tryby historii, których straszliwy mechanizm pomagali uruchamiać.

To prawda jest fundamentem życia społecznego, nie kłamstwo – to choćby było na krótką metę użyteczne z powodów propagandowych – zawsze obróci się przeciwko tym, którzy się nim posługują. I słowa te dotyczą obu stron konfliktu, choć nie jest tak, że każda z nich jednakowo jest winna.

To Rosjanie i „ludzie radzieccy”, którzy cieszyli się potęgą swojego kraju, który zagarnia kolejne ziemie, ujarzmia kolejne narody, zapłacili za to największą cenę. Chociaż system sowiecki ma na rękach krew tysięcy Polaków, Węgrów, Niemców, Czechów czy Afgańczyków, przede wszystkim uśmiercił miliony własnych obywateli.

Miliony ofiar wśród własnych zwolenników

Rewolucja październikowa, czerwony terror i wojna domowa, która toczyła się w latach 1918-1922, pociągnęła za sobą śmierć około 2 mln ludzi, wielki głód w latach 1921-1922 dodał do tego dalsze 5 mln ofiar śmiertelnych, Po objęciu władzy przez Stalina liczba ofiar wciąż rosła. Wielki Głód na Ukrainie w latach 1932-1933 pociągnął za sobą 4,5 mln ofiar (głód powtórzył się w latach 1946-1947, ale już ze znacznie mniejszą liczbą ofiar – pół miliona zgonów), represje Stalina z lat 1936-1938 to kolejne 3 mln zamordowanych (w tym ok. 100 tys. Polaków mieszkających w ZSRS), przy 7 mln aresztowanych. Zdaniem brytyjskiego historyka Roberta Conquesta łącznie w czasach stalinowskich (1924-1953) represjom poddano 40 mln ludzi, z czego 20 mln zginęło. W czasie II wojny światowej na terenie ZSRS jej ofiarami (bezpośrednimi i pośrednimi – z uwzględnieniem represji władz sowieckich) padło od 27 do nawet 46 mln ludzi.

A mówimy tylko o ofiarach śmiertelnych. W 1922 r. – po wojnie domowej – po terenie Rosji Sowieckiej tułało się 7 mln sierot, po zakończeniu II wojny światowej liczbę bezdomnych dzieci znów trzeba było liczyć w setkach tysięcy. Do dziś w Rosji aktualne się określenie „bezprizornyj” – według danych tamtejszego MSWzarejestrowano 420 tysięcy bezdomnych dzieci. W dzisiejszej Rosji milion dzieci nie uczy się i nie pracuje. Wiele z nich nie umie czytać i pisać. Tak wygląda budowanie potęgi na kłamstwie. XIX-wieczny rosyjski demokrata Aleksander Hercen pisał: „Jesteśmy niewolnikami, bo nie potrafimy się wyzwolić”. Dwadzieścia wieków temu Jezus powiedział: „I poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi” (J 8:32).

Żaden inny kraj w XX wieku (poza komunistycznymi Chinami – czy to przypadek?) nie poniósł takich katastrofalnych strat w ludziach, a właściwie nie zadał ich swoim rodakom. Ale przecież to Rosja Sowiecka – ktoś zaprotestuje – teraz mamy do czynienia z innym krajem! Czy muszę przypominać, za czym zapłakał w 2005 r. prezydent Putin? Nie chodzi o ustrój – chodzi o cele. A te się nie zmieniły. I to nie od 1917 roku, a od znacznie dawniej. Ale to już historia na inną opowieść.

PS Konrad Henlein 10 maja 1945 r. popełnił samobójstwo.

Włodek Tasak

Artykuł pochodzi z serwisu http://zgory.com

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz