Kto jest właścicielem ciała kobiety?

Dlaczego traktowania kobiecego ciała jak własności stoi w sprzeczności z Ewangelią i krzywdzi nienarodzone dzieci?

Współczesny feminizm był walką trwającą przez ostatni wiek, celem której było przyznanie kobietom prawa do głosowania, prawa do realizowania swoich ambicji i prawa do swojego ciała. Niektóre założenia tego ruchu wywołały wiele dobra, jednak część z nich okazała się szkodliwa, umacniając częste i problematyczne założenie, że prawa kobiety powinny być rozumiane jako prawa własnościowe. „Posiadanie swojego ciała” wydaje się całkiem naturalną wolnością – któż by tego nie chciał? – jednak w rzeczywistości prowadzi to do przyjęcia bardzo ograniczonego pojęcia ludzkiego rozwoju, które zawodzi i kobiety, i nienarodzone dzieci.

Zjawisko to było najbardziej widoczne podczas debaty aborcyjnej wynikającej z decyzji sądowej dotyczącej sprawy Roe v. Wade, która 46 lat temu nabrała wielkiej wagi. Wraz z tą oraz następującą po niej decyzją (Planned Parenthood v. Casey) zapisane zostaje własnościowe postrzeganie samego siebie. Ciało kobiety staje się własnością, a wraz z własnością pojawia się „prawo do prywatności”, głosiło orzeczenie sądu. W praktyce oznacza to, że mężczyźnie przyznaje się tymczasowe zaproszenie do wtargnięcia, a owoc tego czynu (jeśli jakiś się pojawi) należy do kobiety – przynajmniej do momentu, w którym dziecko przyjdzie na świat.

Nie musimy dużo szukać, by trafić na argumenty przemawiające za własnością.

W odpowiedzi na potwierdzenie sędziego Bretta Kavanaugha, Planned Parenthood (Planowane rodzicielstwo – amerykańska organizacja nonprofit) wydało oświadczenie, że kobiety „zasługują na prawo do kontrolowania swojego własnego ciała”. Twitter zaczął wrzeć od powtarzania powiązanego stwierdzenia – mężczyźni powinni „przestać kontrolować kobiece ciała”. Z kolei podczas trzeciego corocznego Marszu Kobiet odżyje znane hasło – „Moje ciało, mój wybór”.

Obrońcy zastosowania prawa do własności prywatnej twierdzą, że pogląd ten pomaga kobietom bronić się. Jak bardzo właściwe by się to nie wydawało, samoposiadanie tak naprawdę nie ułatwia dbania o bezpieczeństwo kobiety i nienarodzonego dziecka, a jedynie rodzi jeszcze więcej przemocy przeciwko obojgu.

Spójrzmy na przykład na wprowadzenie ruchów pro-choice i #MeToo. Mimo że zwolennicy prawa do aborcji słusznie potępiają przemoc seksualną wobec kobiet i nazywają ją łamaniem prawa, nie zauważają bardzo jasnych podwójnych standardów: ta decyzja sądowa umożliwia kobietom wykonanie równie brutalnego aktu na nienarodzonym dziecku, w zgodzie z prawem. Przypadki gwałtów, które kończą się aborcją, ilustrują tę tragedię. Ofiara przemocy staje się oprawcą, dopuszczając się kolejnego aktu przemocy, a pierwszy atak (na ciało kobiety) ciągnie za sobą kolejny (na ciało jej dziecka). W każdym przypadku aborcji prawo do własności odnoszone do ciała kobiety prowadzi do wyizolowania i śmierci dziecka.

(Warto zaznaczyć, że niektórzy uczeni dostrzegają tu bliskie powiązania z sądową decyzją Dred Scott z 1857 roku, która czyniła niewolników własnością prawną ich panów. Decyzja w kwestii aborcji sprawia, że nienarodzone dziecko staje się własnością prawną matki.)

Jeśli samoposiadanie jest wyraźnie złym postrzeganiem sprawy, właściwym jest to bardzo nieintuicyjne i wręcz nieprzyjemne do rozpatrywania: jesteśmy powołani do zarządzania, nie do posiadania. Mężczyźni nie są w posiadaniu ciał kobiet, ale kobiety także nie są swoją własnością. Przeciwnie, mężczyźni i kobiety powinni służyć samym sobie, służyć sobie nawzajem i wspólnie służyć życiu dziecka wewnątrz macicy.

Podejście zakładające służenie ciału i troskę o nie rozwiązuje dylematy

dotyczące nie tylko nienarodzonych dzieci, ale i kobiet. Podczas szukania sposobu na rozwiązanie problemu przemocy seksualnej wobec kobiet, warto zauważyć, że głównym źródłem kłopotów nie jest to, że kobiety potrzebują umocnienia pozycji właścicielek swojego ciała. Problem tkwi w tym, że doświadczamy efektów rewolucji seksualnej, która stworzyła silną, ale źle nakierowaną drogę poprzez naszą kulturę, a w rezultacie obu płciom nie udaje się rozważnie służyć sobie nawzajem. W szczególności mężczyźni ponoszą porażkę w służeniu kobietom. Naturalny bieg tej ścieżki nie prowadzi do polepszenia sytuacji kobiet czy mężczyzn, ale do większego zdezorientowania, większego niebezpieczeństwa i większego cierpienia.

Ostatecznie wolność kobiet nie wypłynie z samoposiadania, ale z boleśnie prostego, bardzo racjonalnego podejścia przedstawionego w Piśmie Świętym: z pełnego poświęceń służenia samemu sobie w monogamicznym małżeństwie, a także ze wstrzemięźliwości pozamałżeńskiej.

Podejście oparte na służeniu nie tylko daje kobietom większą ochronę, ale także lepsze partnerstwo z mężczyznami. Głównym zmartwieniem mężczyzny nie będzie szukanie pozwolenia na pozamałżeński kontakt seksualny – „Kiedy mogę wtargnąć, skąd będę wiedział, że mam przyzwolenie?” – ale raczej zmartwienie typowo małżeńskie lub związane ze wstrzemięźliwością:

„Co mogę zrobić, aby zapewnić tej osobie dobrobyt, dobre samopoczucie?” Jak bardzo efektywnie mężczyźni (lub kobiety) będą wcielać ten model w życie – to już oddzielne pytanie, rzecz jasna. Ale kiedy dobrze służymy sobie nawzajem, stajemy się odbiciem świętej, pełnej czułości i trwałej więzi, która rozpoczyna się w Księdze Rodzaju: „Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała!” (Rdz 2:23)

Po stworzeniu mężczyzny i kobiety, jednego z drugiego, Bóg daje im zadanie wspólnego starania się o dobro świata, który ich otacza. W samotności czy w małżeństwie, najlepiej wychodzi nam to nie przy samoposiadaniu, ale przy służbie.

ANDREA PALPANT DILLEY

Andrea Palpant Dilley is an associate editor at CT.

Źródło: Christianity Today. 

Podziel się tym artykułem

Dodaj komentarz